Maciej Berek, "prawa ręka" premiera, odchodzi z Rady Ministrów. Dotychczas pełnił funkcję ministra do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu. Donald Tusk zapowiedział, że polityk "przejdzie do innych zadań, a w czwartek potwierdził wcześniejsze doniesienia, że Berek będzie kandydował na sędziego TK.
Ten pomysł już wcześniej budził wątpliwości wśród koalicjantów. Przewodnicząca klubu Lewicy Anna Maria Żukowska zapowiedziała w mediach społecznościowych, że "do niedawna czynny polityk" nie będzie mógł liczyć na głosy Lewicy. "Obiecaliśmy naszym wyborcom, że politycy nie trafią do TK" - napisała na X Żukowska.
Decyzja o kandydowaniu Berka na funkcję sędziego TK jest też sprzeczna z tym, co jeszcze niedawno koalicja 15 października chciała wprowadzić w ramach pakietu reform Trybunału. Zmiany nie weszły w życie. Były prezydent Andrzej Duda skierował proponowane przez rządzących ustawy do TK, co oznaczało, że sędziowie orzekali de facto we własnej sprawie. Trybunał w lipcu 2025 roku uznał oba projekty za niezgodne z konstytucją.
Koalicja proponowała karencję dla kandydatów do TK
Zgodnie z treścią projektu ustawy o TK z 13 września 2024 roku "osoba, która sprawowała urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, mandat posła, senatora, posła do Parlamentu Europejskiego lub pełniła funkcję członka Rady Ministrów, sekretarza stanu, podsekretarza stanu lub pełnomocnika rządu" mogłaby kandydować na stanowisko sędziego Trybunału, "jeżeli od zakończenia sprawowania urzędu, wygaśnięcia mandatu lub zakończenia pełnienia funkcji upłynęły co najmniej 4 lata". Karencja miała obowiązywać także członków partii politycznych.
18 września kończy się kadencja sędziego Justyna Piskorskiego. Jeśli Berek otrzyma, głosami Sejmu, mandat po Piskorskim, to oznaczałoby, że większość składu sędziowskiego TK będą stanowić sędziowie wybrani głosami koalicji rządzącej - 8 na 15 sędziów TK. Wśród nich jest jednak czwórka sędziów, od której prezydent nie przyjął ślubowania, a prezes TK Bogdan Święczkowski nie dopuścił ich do orzekania.