Według informacji TVN24, samolot gaśniczy Dromader wystartował z Warszawy po godzinie 19, a o godzinie 20.41 zniknął z radarów. Informację o rozbiciu samolotu potwierdził rzecznik wojewody lubelskiego Marcin Bubicz.
"Z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację o śmiertelnym wypadku Dromadera uczestniczącego w akcji gaśniczej niedaleko Biłgoraja. Łączymy się w żałobie z rodziną, bliskimi oraz współpracownikami pilota. Blue skies" - napisano na profilu Lotniskowej Służby Informacji Powietrznej lotniska Warszawa-Babice.
Reporter TVN24 Artur Molęda poinformował, że około godziny 17-18 straż pożarna wystąpiła do policji i Straży Granicznej o włączenie do gaszenia pożaru maszyn lotniczych z tych formacji. - Natomiast w żadnej z tych formacji nie udało się skompletować załóg - przekazał. - Chwilę temu z Komendy Głównej Policji dotarła do mnie informacja, że bladym świtem policyjny Black Hawk ma wystartować do akcji - dodał.
Pożar lasu i katastrofa samolotu w powiecie biłgorajskim
We wtorek po godzinie 15 strażacy otrzymali zgłoszenie o rozległym pożarze lasu w miejscowości Kozaki w gminie Łukowa w powiecie biłgorajskim. Wojewoda lubelski Krzysztof Komorski podczas briefingu mówił, że pożar gasiło około 70 zastępów straży pożarnej, ponad 300 strażaków z Lubelszczyzny i Podkarpacia.
Maszyna spadła wieczorem w rejonie akcji gaśniczej, w pobliżu miejscowości Osuchy. W wypadku zginął pilot. Bubicz podał, że na miejsce upadku maszyny i pożaru lasu udał się wojewoda. Wiceszef MSWiA, były komendant główny PSP Wiesław Leśniakiewicz poinformował w TVN24, że na miejsce katastrofy uda się również szef resortu Marcin Kierwiński.
Samoloty gaśnicze, biorące udział w akcji w powiecie biłgorajskim, podlegają pod Lasy Państwowe. Ten, który się rozbił, miał rejestrację SP-ZUT - to jednoosobowy PZL M18 Dromader, samolot jednosilnikowy produkowany w Polsce, który może zabrać 2,5 tony wody lub środka gaśniczego.
Grzegorz Brychczyński, ekspert lotniczy, tłumaczył na antenie TVN24, dlaczego pilotowanie Dromadera w czasie akcji gaśniczej jest bardzo trudne.
- Środek ciężkości tego samolotu jest mniej więcej na czole kabiny. Po zrzucie wody (...) przy prędkości 120-140 kilometrów na godzinę następuje nagle zwolnienie około 2000 kilogramów i on ma wtedy tendencję do zadzierania w górę, więc pilot musi być przygotowany na tak zwaną kontrę na drążku sterowym, żeby nie dopuścić do podniesienia maski zbyt gwałtownie - wyjaśniał ekspert.
Ponadto, jak mówił Brychczyński, pilot musi mentalnie się przygotować, żeby natychmiast po zrzucie wody nie tylko opanować drążek, ale i skręcić w lewo lub w prawo, bo za nim może być kolejny samolot gaszący. - Technika pilotażu musi być perfekcyjna - ocenił.