- Od kilku miesięcy w Łodzi organizowane są protesty osób mieszkających w lokalach komunalnych.
- - W ciągu pięciu lat stawki bazowe czynszu wzrosły o blisko połowę. Miasto podnosi czynsze, nie oferując nic w zamian. Z podwyżkami nie szły w parze wyższy standard mieszkań czy lepsze zarządzanie zasobem - mówi Jakub Kowalski, prezes Łódzkiego Stowarzyszenia Lokatorów.
- Według danych GUS z 2021 roku w województwie łódzkim trzy razy częściej niż w innych miejscach kraju zdarzają się lokale, gdzie nie ma łazienki. Wiele z nich to lokale należące do miasta.
- Miasto obiecuje, że sytuacja lokatorów będzie się poprawiać. Urzędnicy przekonują, że środki przeznaczone na realizację remontów znacząco wzrosły i będą rosły dalej. Jednocześnie urzędnicy przyznają, że z powodu "śmierci technologicznej" w mieście wyburzanych jest około 150 budynków.
- Dramatyczną sytuację miała poprawić rewitalizacja obszarowa. Niestety, mieszkańcy odnowionych kwartałów żalą się na to, że prace przeprowadzono niechlujnie, a do ich skrzynek napływają rachunki z horrendalnymi niedopłatami. Miasto przyznaje, że ma problem z określeniem wysokości opłat.
Kamienica przy Pomorskiej 43 ustawiona jest szczytem do ulicy. Za nieco zardzewiałą bramą jest sporo przestrzeni i kilka drzew. Latem dają sporo cienia. - Ci, co kupili sobie mieszkania w nowym bloku po sąsiedzku, mogą o takim skwerku tylko pomarzyć - mówi pan Kazimierz, który mieszka tu od dwóch dekad. Po chwili markotnieje. - Oni nam zazdroszczą drzew, a my im domofonu. No i tego, że u nich nie wstyd przechodzić przez klatkę - opowiada.
Przed drzwiami wejściowymi domofon co prawda jest, ale od dawna nie działa. - My, lokatorzy, się na niego składaliśmy. No, ale ktoś go później rozwalił, podobnie jak drewniane drzwi, które ktoś kopnął i wyłamał do środka - dodaje żona pana Kazimierza.
Stare drzwi zostały zastąpione przez inne, masywniejsze. Tyle że są one cały czas otwarte. - Pijaczki tu się do nas schodzą i nocują. Jeden rozpalił kiedyś ognisko pod drzwiami sąsiadki z dołu. Jakby się na czas nie zorientowała, to nikt by nie miał drogi ucieczki - dodaje Kazimierz.
Nie do śmiechu
Para rozmawia ze mną na progu swojego domu. Klatka jest popękana i dwukolorowa - górna część bladożółta, dolna w kolorze zaschniętego betonu. Obie strony pokryte są plamami. - Ta klatka jest dowodem na to, jak zarządzane są miejskie budynki. Paręnaście razy prosiliśmy o pomalowanie klatki, efekt taki sam jak w przypadku kilkunastu prób o naprawę domofonu. W końcu stwierdziliśmy, że sami to pomalujemy, ale miasto się nie zgodziło. Usłyszeliśmy, że nie mamy do tego uprawnień - śmieje się żona pana Kazimierza.
Mieszkającej piętro wyżej Joannie nie jest do śmiechu. - Zejście do piwnicy przypomina safari, tylko zamiast lwów są szczury. Niby pułapki z trutką są porozkładane, ale nic to nie daje - opowiada. Wcześniej, jak mówi, gryzonie starały się ukrywać, słychać było tylko charakterystyczne popiskiwania. Teraz - kiedy ich liczba się zwiększyła - potrafią konfrontować się z ludźmi.
- Ostatnio córka chciała coś wyciągnąć z piwnicy i szczur pobiegł w jej stronę. Sytuacja stała się na tyle poważna, że nagranie ich nie jest żadnym wyczynem - opowiada i pokazuje film zarejestrowany telefonem komórkowym. W kadrze widać szczura wspinającego się po ścianie. Kiedy zwierzę dostrzega człowieka, zaczyna biec w jego stronę. Nagranie urywa się, kiedy autorka krzyczy z przerażenia.
Nie do życia
Raptem kilkadziesiąt metrów dalej od kamienicy, w której szaleją szczury, jest inna kamienica z lokalami komunalnymi. W środku spotykamy Łukasza, który co prawda nie narzeka na gryzonie czające się w piwnicy i na klatce, ale nie ma własnej toalety.