Dla zawodniczek i zawodników wsparciem jest od 24 lat, kiedy na funkcję powołała go Konferencja Episkopatu Polski. Wielu nie wyobraża sobie startu bez spotkania i rozmowy z Edim. Na czym jego posługa polega? Jaką siłę ma słowo, jaką moc wartości i wychowanie?
Rafał Kazimierczak, TVN24+: Sport zawsze był tak ważny w księdza życiu?
Ksiądz Edward Pleń: Jestem rocznik 1952, pochodzę z wioski w obecnym województwie zachodniopomorskim. Jeżeli mówimy o sporcie, nie było nic. Jaki rower? Nic. A Wyścigiem Pokoju fascynowali się wszyscy, słuchaliśmy radiowych relacji. Zabawy i aktywności wymyślaliśmy sami, w wolnym czasie. Pamiętajmy, że codziennością była praca w gospodarstwie. Raz w tygodniu szliśmy do leśniczego, który miał telewizor. Sportem, tak na poważnie, zainteresowałem się dopiero w seminarium.
O seminarium miałem księdza zapytać, bo tam - zdaje się - organizowane są rozgrywki, na przykład w piłce nożnej?
U nas były mistrzostwa seminarium w tenisie stołowym. Tutaj trochę się pochwalę - raz dotarłem do finału, to był rok '74, może '76? W każdym razie ten finał przegrałem. I z emocji cisnąłem rakietką, w stronę zwycięzcy, niestety.
Takie zachowanie? W seminarium?
Tak, przykro mi. Za takie rzeczy były kary, dyscyplina musiała być. No, jakoś mi się upiekło, skończyło się na upomnieniu.
Został ksiądz wicemistrzem seminarium. I tak duża sprawa.
Ja odebrałem to jako porażkę. Porażkę, która pozwoliła mi spojrzeć na sport z innej perspektywy, co przydaje się do dziś. Z emocjami trzeba sobie radzić, i dobrymi, i złymi, a sport uczy tego najlepiej. Wspomniał pan piłkę nożną. Też graliśmy, ja w obronie, z takim jednym księdzem włoskie catenaccio [maksymalne uszczelnienie obrony, często kosztem atrakcyjności gry - red.], czyli byliśmy nie do przejścia, poważnie - nikt nie przeszedł. Włosi, powiedzmy, że łamali wtedy w obronie kości. I ja też się przyczyniłem do kontuzji kolegi, który złamał nogę.
Słucham? Coraz lepiej.
To nie wynikało ze złej woli, a z braku przygotowania - i technicznego, i fizycznego. Graliśmy w ramach rekreacji, już nie pamiętam, czy przez godzinę, czy 45 minut, taki przerywnik w zajęciach i obowiązkach.
Sport wychowuje? Kształtuje? Pomaga?
Tak, dla mnie sport jest narzędziem ponadczasowym. Jeśli młody człowiek jest zniechęcony, nauka to abstrakcja, pomoc w domu - abstrakcja, słuchanie rodziców, nauczyciela, księdza - ciągle na nie. Pomóc może właśnie sport. Ja jestem salezjaninem, system wychowawczy świętego Jana Bosko jest mi bardzo bliski. System mówiący, że zaufanie wychowanka trzeba zdobyć, żeby ten młody człowiek zobaczył w tobie przyjaciela, nie wroga. Szczerość, zrozumienie. Młody człowiek ma prawo do ciebie przyjść, wypłakać się albo podzielić radościami. Sport tego zachowania uczy.
- Jaką rolę odgrywa ksiądz Edward Pleń w życiu polskich sportowców?
- Jak wygląda codzienna praca kapelana podczas igrzysk olimpijskich?
- Co sprawia, że sportowcy chętnie zwracają się do księdza Plenia po wsparcie?
Ksiądz jest duszpasterzem sportowców, w tym kapelanem olimpijczyków, początki to była jednak praca z dziećmi i młodzieżą?
Powiem tak: jeśli chcesz być dla młodzieży, dla młodych ludzi, to musisz wchodzić w ich problemy, w ich myślenie. Podoba mi się stwierdzenie papieża Franciszka, że aby poszukiwać drugiego człowieka - musisz wstać z kanapy. Ja te seminaryjne aktywności przełożyłem na pracę już jako ksiądz. Lata 80., Ostróda, w każdą sobotę jechaliśmy wielkim Jelczem - ciągle się ten Jelcz zresztą psuł - jechaliśmy nim z drużyną ministrantów na mecz. Koszulek mieliśmy 13, zawodników było około 50. W stanie wojennym napisy na tych koszulkach, numery i nazwiska, robili nam w zakładzie pogrzebowym. Grać oczywiście chciał każdy, zmiany robiłem zatem co dwie minuty, śmiano się, że to specjalna taktyka. Do dziś biorę udział w spotkaniach z młodymi ludźmi, przeważnie w szkołach. Zawsze pada prośba, żebym wymienił kilka nazwisk, kogo z naszych sportowców znam osobiście. Pytanie o Roberta Lewandowskiego jest zawsze.
Domyślam się, że ksiądz go zna.