Koronawirus i bezdomne zwierzęta. Ludzie przestają płacić na ich utrzymanie

TVN24 | Polska

Autor:
Szymon Jadczak, szymon_jadczak@tvn.pl
Źródło:
tvn24.pl
TVN241051 potwierdzonych zakażeń koronawirusem w Polsce

Organizacje zajmujące się bezdomnymi zwierzętami alarmują, że z powodu epidemii koronawirusa ich podopiecznym grozi śmierć z głodu. - Mamy zapasy na pięć dni. Nie wiem, co będzie później - mówi Ilona Dąbrowska z Fundacji Viva.

Jednym z efektów ubocznych pandemii COVID-19 są wzrastające ceny siana.

- Normalnie kupowaliśmy belę siana dla naszych koni za 100 złotych. Teraz cena skoczyła do 200 złotych. Pod Malborkiem, czyli kilkaset kilometrów od naszej siedziby, znaleźliśmy rolnika, który sprzeda nam bele po 160 złotych za sztukę. Ale gdy przyjechaliśmy na miejsce zażądał już 180 złotych. Kupiliśmy tyle na ile było nas stać - mówi Ilona Dąbrowska, koordynatorka akcji Ratuj Konie w Fundacji Viva.

Rolnicy podnoszą ceny, bo boją się, że w panującej obecnie sytuacji zabraknie siana dla ich zwierząt, a z powodu ograniczenia przemieszczania się nie będą w stanie przeprowadzić sianokosów w maju i czerwcu. 

Tymczasem w dwóch schroniskach prowadzonych przez Vivę mieszka 300 zwierząt różnych gatunków, w tym 78 koni, których utrzymanie kosztuje najwięcej.

- Wyżywienie konia to 300 złotych na miesiąc. Jedzą właśnie siano, oprócz starych koni, które już nie mają zębów. Te dostają specjalną mieloną paszę. Na dziś mamy zapasy na pięć dni. Nie wiem, co będzie dalej. To katastrofa - przyznaje Dąbrowska.

Cięcie kosztów

Już dziś w fundacji wiedzą, że z przekazywania wsparcia na zwierzęta wycofały się duża firma deweloperska i przedsiębiorstwo ogrodnicze. Wszystko z powodu trudnej sytuacji gospodarczej i cięcia kosztów.

A to nie koniec problemów z końmi, którymi opiekuje się Viva.

- Ludzie zaczynają oddawać konie adoptowane. W domach adopcyjnych pozostaje ich wciąż 155, ale tylko w ubiegłym tygodniu musieliśmy pojechać po pięć zwierząt. Rodziny adopcyjne są w złej sytuacji finansowej i nie dadzą rady ich utrzymywać, a zgodnie z umową mogą w takiej sytuacji konie oddać - przyznaje Dąbrowska. 

Kryzys z koronawirusem wpłynął też na weterynarzy. Część z nich przestała przyjeżdżać na wizyty, pozostali chcą płatności z góry. A na to pieniędzy brakuje.

- Konie przebywające w naszych stajniach, to zwierzęta stare, schorowane, wymagające szczególnej opieki, kosztownego leczenia, wyjątkowych warunków. Teraz mamy do odbioru z kliniki weterynaryjnej dwa konie po operacjach – faktury opiewają na 8 tys.zł. Dodatkowo ostatnie wizyty lekarza weterynarii u koni w naszych stajniach to kolejne 4 tys zł. Koszt jednej wizyty waha się od 200 do nawet 1500 zł - załamuje ręce Dąbrowska. 

Jakby tego było mało, z czterech osób, które zajmowały się ponad 70 końmi, dwie trafiły na przymusową kwarantannę, po tym jak okazało się, że miały kontakt z wolontariuszem, który wrócił z zagranicy. 

Na szczęście, na razie nie najgorzej wygląda kwestia opieki nad bezdomnymi psami i kotami, bo ich utrzymanie jest o wiele tańsze niż koni. Ale to kwestia czasu, gdy zabraknie pieniędzy na mniejsze zwierzęta.

- To, co dzieje się w Polsce, przekłada się zawsze na sytuację w schronisku fundacyjnym, którego byt zależy od hojności ludzi dobrej woli. Sytuacja jest dramatyczna. Ale nas, ludzi ze schroniska, koronawirus nie zwalnia z odpowiedzialności za zwierzęta - mówi Irena Kowalczyk-Ornowska z Fundacji Viva.

Niektórym pomagają samorządy

Większość schronisk dla bezdomnych zwierząt jest finansowana z budżetów samorządów, więc im na razie nie zagraża ograniczenie przychodów.

- 80 proc. naszego budżetu zapewnia miasto Gdynia. Resztę jesteśmy w stanie uzbierać sami - mówią przedstawiciele fundacji OTOZ Animals, prowadzącej schronisko dla bezdomnych zwierząt "Ciapkowo". 

Ale w fundacji Tara, prowadzącej schronisko dla koni na Dolnym Śląsku wpłaty od ludzi były podstawowym źródłem przychodów. I dziś już widać jak koronawirus uderzył w działanie Tary.

- Stodoła jest niemal pusta, brakuje siana. Uruchomiłam zbiórkę na 18 ton dla naszych koni. Na razie mamy 4 tysiące złotych, a potrzebujemy 12 tysięcy - mówi Scarlett Szyłogalis, prezes fundacji.

Przyznaje też, że zbiórka idzie bardzo powoli, w przeszłości zgromadzenie podobnej kwoty szło dużo sprawniej.

- Liczę na efekt skali. Mamy 100 tys. polubień na Facebooku. Wystarczy, że jakiś procent tych ludzi wpłaci na pomoc koniom drobną kwotę, 2 albo 5 złotych. I to sprawi, że będziemy mogli dalej działać - pociesza się Szyłogalis.

Szymon Jadczak, szymon_jadczak@tvn.pl

Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: tvn24.pl

Tagi:
Raporty: