Do feralnego upadku doszło 22 marca w Vikersund. Mający za sobą pierwsze skoki na mamucim obiekcie Tomasiak, lądując w kwalifikacjach do konkursu Pucharu Świata na 192. metrze, kilka metrów dalej nagle stracił równowagę. Z impetem uderzył o ziemię. Nie mógł wstać o własnych siłach, ale skończyło się na strachu. Badania przeprowadzone w szpitalu nie wykazały niczego poważnego, ale sezon, pierwszy w światowej elicie, skończył się dla niego przedwcześnie.
W jego trakcie 19-letni zawodnik klubu LKS Klimczok Bystra sensacyjnie wyskakał trzy medale olimpijskie w Predazzo. Cała narciarska Polska martwiła się, że nie pojechał na ostatnie konkursy do Planicy, kolejnym mamucie w kalendarzu. Nie wystąpił również w pokazowych zawodach Red Bull Skoki w Punkt w Zakopanem.
Trenerzy woleli dmuchać na zimne, choć Adam Małysz, prezes Polskiego Związku Narciarskiego, rekomendował skakanie do końca, żeby bolesne potknięcie z Norwegii szybko wymazać z pamięci.
Tomasiak: dobrze radzę sobie z takimi rzeczami
- Kacper czuje się dobrze. Jest OK - mówi TVN24+ Wojciech Tomasiak, ojciec Kacpra, który sam jest trenerem skoków narciarskich w SMS Szczyrk.
- W Vikersund popełnił, o czym mówili trenerzy, szkolny błąd. Problem polegał na tym, że prędkość była większa niż na mniejszej skoczni. To się zdarza, dlatego zawodników przygotowuje się, jak mają się zachować, jak upadać, żeby ograniczyć skutki wypadku. Na 99 procent, tak uważam, żadnych blokad w głowie Kacpra nie będzie - przekonuje.
Tomasiak najadł się większego strachu latem zeszłego roku. W trakcie jednego z treningów na Wielkiej Krokwi w Zakopanem zgubił kontrolę nad lotem i huknął o zeskok. Rozciął wargę, uszkodził lekko kolano, ale po trzech tygodniach znów skakał, choć w głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza. Na krótko. - Udało się od tego odciąć. Wydaje mi się, że dobrze radzę sobie z takimi rzeczami - opowiadał w TVN24+.
Historia skoków narciarskich, sportu ekstremalnego z wpisanym ryzykiem, widziała niejeden upadek. Dużo poważniejsze w skutkach od tych Tomasiaka. Byli skoczkowie i fachowcy wskazują, że upadki podczas lądowania, owszem, bywają groźne, ale bardziej niebezpieczne dla zdrowia, także psychicznego, są te zaraz po wyjściu z progu.
Robert Mateja podczas mistrzostw Polski w 2001 roku przeskoczył, dosłownie, skocznię w Wiśle. Huknął 119 metrów, a wówczas punkt konstrukcyjny wynosił 105 m. Leciał i leciał, rozpaczliwie ratując się przed upadkiem, ale nie miał najmniejszych szans. Dla kibica wyglądało to upiornie, ale nie dla samego zawodnika.