W sobotę wieczorem służby po fałszywym zgłoszeniu siłowo weszły do mieszkania w Gdańsku, które - jak podał szef MSWiA Marcin Kierwiński - należy do matki prezydenta Karola Nawrockiego.
Prokuratura Okręgowa w Gdańsku w poniedziałek wszczęła śledztwo. "Z dotychczas zgromadzonego materiału dowodowego wynika, że w dniu 23 maja 2026 r. nieustalona osoba, za pośrednictwem aplikacji Alarm 112, dokonała z ustalonego numeru telefonu zgłoszenia o rzekomo zaistniałym pożarze, a następnie o zagrożeniu życia małoletniego w mieszkaniu usytuowanym w budynku wielorodzinnym w Gdańsku" - przekazał prokurator Mariusz Duszyński.
Tej techniki miał użyć sprawca
Powołując się na swoje nieoficjalne informacje, "Rzeczpospolita" podała, że służby podejrzewają, iż fałszywe zgłoszenia dla kamuflażu zostały wysłane z wykorzystaniem tak zwanej sieci tor, czyli trasowania cebulowego (z angielskiego onion routing). Technika służy do anonimowej komunikacji w sieci.
Jak opisuje "Rzeczpospolita", nazwa onion (cebula), "odnosi się do tego, że potrafi mieć kilkadziesiąt, a może i więcej warstw zabezpieczenia maskowania numeru IP".
Podkreśla, że ten rodzaj maskowania "utrudnia, a czasem wręcz uniemożliwia" ustalenie, z jakiego IP, czyli z którego komputera czy z jakiego telefonu wysłano wiadomość lub wykonano połączenie, a także z jakiego miejsca kraju czy świata wysłano SMS.
Według "Rzeczpospolitej" może to się skończyć podobnie jak w przypadku wcześniejszych zgłoszeń, które dotyczyły pracowników Telewizji Republika, czyli służby mogą być na tropie nie tego prawdziwego sprawcy, tylko osoby, pod której numer telefonu się podszyto.
Sprawą zajmują się policjanci z Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojskowi.
Jak pisze "Rzeczpospolita", fałszywe zgłoszenia zostały zakwalifikowane jako sabotaż internetowy. Według jej informacji, z ustaleń służb wynika, iż przy pierwszych fałszywych zgłoszeniach sprawcy mieli wykorzystywać serwery w krajach skandynawskich, przy kolejnych - serwery w Rosji.
"Wygląda to tak, jakby inicjatorzy działań mieli dostęp do komunikacji pomiędzy służbami"
"Rzeczpospolita" zauważa, że w przypadku mieszkania należącego do rodziny Nawrockiego prowokatorzy nie tylko znali adres, ale też wiedzieli, że jest on wyłączony z ochrony Służby Ochrony Państwa. Jak czytamy, "ich działania wyglądały tak, jakby na bieżąco kontrolowali akcję służb i reagowali na ich działania".
Dziennik przypomina, że kiedy pierwszy SMS nie odniósł skutku, po 15 minutach kolejny został wysłany do Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Tym razem nie o pożarze, ale o dziecku, które nie daje oznak życia. To spowodowało, że służby zdecydowały się wejść do mieszkania.
"Wygląda to tak, jakby inicjatorzy działań mieli dostęp do komunikacji pomiędzy służbami. Albo ktoś z nich był w rejonie, gdzie wszystko się rozgrywało i obserwował z zewnątrz działania strażaków i policjantów" - pisze "Rzeczpospolita". Według jej ustaleń z tego powodu policjanci zabezpieczyli monitoring z okolicy.