Wojowniczka, inaczej nazwać jej nie można.
Tamtego dnia, ostatniego, kończącego olimpijskie zmagania, ogrom emocji zafundowała i sobie, i kibicom. W narciarskim biegu na 50 kilometrów gnała z całych sił, by liczącą pięć zawodniczek grupę dopaść w końcówce. Eliza Rucka-Michałek, trenowana przez swojego męża, Mikołaja Michałka, zajęła ósme miejsce. Znakomite i zdumiewające.
Rafał Kazimierczak, TVN24+: Muszę zapytać. Co wydarzyło się w 2021 roku?
Eliza Rucka-Michałek: Skończyłam ze sportem. Musiałam skończyć.
Dlaczego, skoro miała pani zaledwie 20 lat?
Podczas startów, przy maksymalnym wysiłku, głównie przy szybkiej zmianie pozycji, na przykład na zjeździe, do mózgu nie dopływał mi tlen. Coś się działo z ciśnieniem, odcinało mnie, mdlałam, traciłam przytomność.
W czasie biegu, w czasie zawodów?
Tak, niestety tak. To trwało długo, trzy, może nawet cztery sezony, tylko później znacznie się nasiliło. Pojechałam na badania do Pragi. Usłyszałam, że mogę dostać leki, ale te leki przyspieszą pracę serca, co - przy maksymalnym wysiłku - może się skończyć naprawdę źle. Od lekarzy związkowych nie dostałam zgodny na starty, nie chcieli ryzykować.
Z tego, co pani mówi, zagrożone było pani życie. Sprawa była aż tak poważna?
Myślę, że tak. Nikt nie wiedział, kiedy zemdleję, kiedy i gdzie. Mogło się to wydarzyć na zjeździe, mogłabym wypaść z trasy i uderzyć w drzewo.
Mikołaj Michałek: Pozwolę sobie doprecyzować, bo często widziałem te wypadki z boku. Najczęściej Eliza rzeczywiście upadała po końcówce zjazdu, to znaczy na początku podbiegu. A zjazdy nie są w linii prostej, uzależnione są od zakrętów i wykonywanej tam pracy technicznej. Zawodnicy często muszą się wtedy podnieść z pozycji zjazdowej, co przy jej chorobie i prędkościach, które się osiąga, było najgorsze - niedotleniony mózg, skoki ciśnienia takie, że Eliza tego nie wytrzymywała i mogła wypaść z tych zakrętów prosto w las.
- Jak Eliza Rucka-Michałek wróciła do sportu po poważnych problemach zdrowotnych?
- Co sprawiło, że zdecydowała się ponownie wystartować w zawodach?
- Jaką rolę odegrała rodzina i zespół medyczny w powrocie na trasę?
- Jakie wyzwania stoją przed sportowcami łączącymi karierę z życiem rodzinnym?
Była pani przekonana, że to koniec sportu?
Tak, przecież ja karierę wtedy zakończyłam.
Dramat? Płacz?
Oczywiście. Z Mikołajem nie byliśmy jeszcze parą, ale był już taką bratnią duszą, dostałam od niego ogromne wsparcie. Po tym zakończeniu kariery bardzo się zbliżyliśmy. Pobraliśmy się, urodziły się nasze dzieci. Sportu, tego wyczynowego, miało już w moim życiu nie być.
To jak to się stało, że pani wróciła?