Były wiceminister obrony narodowej Janusz Zemke i gen. bryg. Jarosław Kraszewski komentowali wypowiedź Donalda Trumpa, która wywołała oburzenie w państwach członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego. Według prezydenta USA sojusznicy z NATO zareagowali na zamachy terrorystyczne z 11 września 2001 roku i dołączyli do Amerykanów na misji w Afganistanie, ale "pozostawali trochę z tyłu, trochę z daleka od linii frontu".
Zemke: poległym w Afganistanie żołnierzom należy się cześć i szacunek
Zemke przypomniał, że brał udział w 22 pogrzebach żołnierzy, którzy polegli w Afganistanie. - To są momenty strasznie trudne, dlatego że głównie to były pogrzeby ludzi bardzo młodych, którzy często mieli dwadzieścia, dwadzieścia kilka lat - opisywał.
Gość TVN24 uzupełnił, że obok siedziały żony, partnerki tych żołnierzy, a czasami ich dzieci. - Ci żołnierze odeszli, są na polu chwały, ale myślę o rodzinach, które pozostały po nich. Jak te rodziny muszą się fatalnie czuć, bo nagle (...) one się dowiadują, że ci żołnierze byli na drugiej linii, nie walczyli, nie ryzykowali, nie zapłacili najwyższej ceny - stwierdził.
- Te dzieci dzisiaj mają po dwadzieścia kilka lat i pewnie zadają sobie pytanie, czy ich tata służył celowo, czy stracił życie, bo była taka potrzeba, czy stracił życie w walce. Myślę, że to jest dla tych rodzin strasznie ciężki moment - powiedział Zemke.
Były wiceminister podkreślił, że polscy żołnierze pojechali do Afganistanu, bo "takie były decyzje najważniejszych władz polskich" i zrobili to "na ponawiane wielokrotnie zaproszenie Stanów Zjednoczonych".
- Tym żołnierzom należy się cześć i szacunek. Oczekiwałbym, że państwo, które te misje przygotowywało, organizowało, (...) zachowa się fair do końca wobec żołnierzy swoich, ale także żołnierzy innych państw, w tym polskich - zaznaczył.
"Nie jestem w stanie wyobrazić sobie wyrazu ich twarzy"
Gen. Kraszewski przypomniał, że kończył akademię w Stanach Zjednoczonych, a później wiele razy współpracował z Amerykanami. Dodał, że "nie jest w stanie wyobrazić sobie twarzy oficerów amerykańskich", przy okazji spotkania z sojuszniczymi wojskowymi na terenie dowództwa, po tym, jak takie słowa padły "z ust ich prezydenta".
- Nie jestem w stanie na chwilę obecną wyobrazić sobie wyrazu ich twarzy. Obawiam się, że ci ludzie robiliby wszystko, żeby przez jakiś czas tam nie wchodzić - stwierdził.
Zastrzegł, że tak by to pewnie nie wyglądało, bo misje "muszą się toczyć", a "działaniami żołnierza trzeba kierować", ale dowódcy sojuszniczych wojsk musieliby podjąć "duży wysiłek", aby utrzymać morale swoich żołnierzy.
- Po takich słowach każdy mówi: "Mam to w czterech literach. Wracam do kraju. Po co ja tu przyjechałem? Żeby teraz mnie tak podsumowano, że unikam walki?" - opisał.
Autorka/Autor: Sebastian Zakrzewski /lulu
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: skw.gov.pl