Protest rezydentów przekonał rząd? Tysiące etatów czekają na lekarzy ze wschodu

Polska

Lekarze zza granicy mieliby pracować na podstawie ograniczoengo prawa do wykonywania zawodutvn24
wideo 2/35

Ministerstwo zdrowia chce dać możliwość pracy w Polsce lekarzom zza granicy, nawet jeśli nie mają jeszcze nostryfikacji dyplomu. Dziś to duże ograniczenie dla chętnych, a tych nie brakuje, podobnie jak wakatów w polskich szpitalach. Dyrektorzy gotowi są zatrudnić blisko dwa tysiące obcokrajowców, zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek.

Ministerstwo Zdrowia chce dać zatrudnienie w Polsce lekarzom zza granicy, którzy dziś nie mogą pracować, ponieważ nie mają nostryfikacji dyplomu. Będzie im ona nadal potrzebna, ale do czasu jej uzyskania mogliby pracować na zasadzie ograniczonego prawa do wykonywania zawodu. Byliby zatrudnieni na czas określony, w konkretnie wyznaczonym miejscu i wykonywaliby ściśle sprecyzowane obowiązki.

- Rząd wreszcie poważnie myśli o realizacji postulatu, który proponuję od mniej więcej półtora roku - powiedział w rozmowie z reporterem "Czarno na białym" Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich. Podkreślił, że chodzi o to, "żeby ci lekarze nie przechodzili całego, pełnego kursu kształcenia i zatwierdzania specjalizacji, ale żeby ten kurs był uproszczony".

"Tutaj było miejsce, więc przyjechałem"

O konieczności wprowadzenia takich ułatwień świadczy na przykład sytuacja w Kluczborku. To 25- tysięczne miasto w województwie opolskim posiada jeden szpital, a w nim siedem lekarskich wakatów, na które od lat nie było ani jednego chętnego.

- Dawałem ogłoszenia na różnych portalach, wydzwanialiśmy, rozmawialiśmy, oferowaliśmy trochę wyższe pobory niż te, które oferowało ministerstwo zdrowia w ramach specjalizacji - mówił Piotr Pośpiech, starosta Kluczborka.

Poszukiwania jednak nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. W związku z tym kluczborski starosta, mając jasno określone kryteria, wyjechał za wschodnią granicę w poszukiwaniu potencjalnych kandydatów. Znalazł ich - Aleksander i Marta Chrycak to młodzi, ukraińscy lekarze, świeżo po ukończeniu studiów.

- Pracowałem w szpitalu w Równem na chirurgii ogólnej - powiedział reporterowi TVN24 Aleksander Chrycak. - Pan starosta kluczborski przyjechał do nas i zaprosił młodych lekarzy do Kluczborka, bo potrzebują. I tutaj było miejsce na chirurgii ogólnej, więc przyjechałem - dodał.

- Lekarz z dorobkiem na Ukrainie nie zdecyduje się na przejście całej swojej drogi zawodowej od początku - zaznacza Piotr Pośpiech.

Chrycak jednak nie wahał się ani chwili. W Polsce pomimo tego, że już był lekarzem, nie mógł od razu przystąpić do wykonywania zawodu.

- Przyjechałem tutaj zostać lekarzem. Jest bardzo ciężko, to nie jest tak, że zostałem nim za chwilę - podkreślał. - Dwa lata ciężkiej pracy były potrzebne, żeby nim zostać - zaznaczył.

"Chcę zdawać egzaminy nostryfikacyjne"

Nostryfikacja dyplomu to proces, przez który muszą przejść wszyscy lekarze spoza Unii Europejskiej, jeżeli chcą leczyć w Polsce. Polega on na uznaniu dyplomu zdobytego za granicą. Przeprowadzają go tylko wybrane uczelnie medyczne w Polsce, na własnych zasadach. Jest on płatny, jednak kwota za nostryfikację nie może przekraczać 2700 złotych. Cena jest ustalana autonomicznie przez każdą uczelnię.

Oprócz testów wymaganych przez daną uczelnię, należy zdać Lekarski Egzamin Końcowy oraz egzamin potwierdzający znajomość języka polskiego, przeprowadzany przez Naczelną Izbę Lekarską. Trzeba też odbyć lekarski staż podyplomowy.

Aleksander Chrycak ma to już za sobą. Za kilka miesięcy osiągnie status samodzielnego lekarza. Jego żona Marta, która ukończyła studia we Lwowie, również przygotowuje się do przejścia tej samej drogi.

- Teraz uczę się medycyny polskiej, bo ona trochę odróżnia się od ukraińskiej i chce zdawać egzaminy nostryfikacyjne - powiedziała.

Władze Kluczborka liczą na to, że w szpitalu niedługo pojawią się kolejni młodzi medycy z Ukrainy.

- Uruchomienie wydziału lekarskiego na przykład w Opolu jest świetnym pomysłem. Ale absolwenci tego wydziału pojawią się tutaj najszybciej za sześć lat - zaznaczył starosta.

"Nikt nie wiedział, jak zatrudnić cudzoziemca"

- Nikt nie miał pojęcia jak się zatrudnia cudzoziemca, nikt nie wiedział jaka to jest procedura - powiedział reporterowi "Czarno na białym" Jurij Kseniuk, neurochirurg z Ukrainy. Kseniuk wyjechał z Ukrainy 13 lat temu i samodzielnie stoczył walkę z polską biurokracją.

- 13 miesięcy stażu, później dwa lata mniej więcej uznania specjalizacji, więc to jest troszeczkę długa droga, ale wynik końcowy jak najbardziej spełnia moje oczekiwania - podkreślił.

Jurij Kseniuk obecnie pracuje w Warszawie, w dwóch szpitalach: publicznym i prywatnym.

W 2015 roku dyrektorzy szpitali deklarowali zamiar zatrudnienia ponad tysiąca dwustu obcokrajowców. Rok temu, takich deklaracji było już o 600 więcej. Teraz, tylko w pierwszej połowie bieżącego roku, zamierzano zatrudnić ponad półtora tysiąca cudzoziemców.

Kseniuk, chociaż proces nostryfikacji przeszedł pomyślnie, zaznaczył, że może to być "kłopotliwe nawet dla doświadczonego specjalisty".

- To jest tak jakby powtórka ze studiów w całości, co niewątpliwie może być trudne dla kogoś, kto pracował na oddziale chirurgii a będzie odpytywany z pediatrii, psychiatrii. To może być dla niego trudny egzamin do zdania - ocenił.

"Decyzję podjęłam w pół godziny"

Polskie szpitale potrzebują również pielęgniarek. Poznańskie Centrum Medyczne HCP zatrudniło kilka absolwentek pielęgniarstwa z Ukrainy.

- Zaprosiliśmy grupę pielęgniarek z Ukrainy, które ukończyły tam pięcioletnią szkołę pielęgniarstwa - poinformował doktor Lesław Lenartowicz z Centrum Medycznego w Poznaniu. W zamian za trzyletnią naukę i otrzymanie dyplomu licencjackiego z pielęgniarstwa, każda z 26 ukraińskich kandydatek zobowiązała się przez trzy lata pracować w poznańskim centrum. Jedną z nich jest Anna Kavun, która decyzję o przyjęciu posady podjęła w "pół godziny".

- Pomyślałam, że jeżeli jest taka szansa, żeby nauczyć się czegoś nowego i zdobyć wiedzę na innym poziomie, to muszę jechać - przyznała.

Ukraińscy studenci uczą się języka polskiego i odbywają staże na oddziałach ratunkowych, cierpliwie powtarzając to, czego już nauczyli się wcześniej.

- Na Ukrainie miałam 10 lat praktyki, wkłuwałam te igły, to wszystko robiłam sama. Ale tu mi powiedzieli, że teraz nie mogę tego robić, bo nie mam dyplomu - tłumaczyła. - Bardziej takie pielęgniarskie zabiegi wykonuję. Poprawiam łóżko, rozmawiam z pacjentami - dodała.

Możliwość ograniczonego wykonywania zawodu przed osiągnięciem nostryfikacji pozwoliłaby znacznie szybciej i skuteczniej wykorzystywać umiejętności takich pracowników. Przede wszystkim, zyskaliby na tym pacjenci polskich szpitali.

Autor: JZ/adso / Źródło: tvn24

Źródło zdjęcia głównego: tvn24

Raporty: