"Improwizacja wymyślona w sytuacji rozpaczliwej". Wysłano 316 najlepszych, dziś pozostał ostatni

TVN24 | Polska

Autor:
mart//now
Źródło:
PAP, dzieje.pl
Na czym polegało szkolenie cichociemnych?TVN 24
wideo 2/4
TVN 24Na czym polegało szkolenie cichociemnych?

15 lutego 1941 roku, dokładnie 80 lat temu, z Wielkiej Brytanii wystartował samolot z pierwszą grupą cichociemnych, którzy zostali zrzuceni na teren okupowanej Polski. Od grudnia 1944 roku drogą lotniczą wysłano do kraju 316 polskich żołnierzy. Stali się elitą Polskiego Państwa Podziemnego. - Bez wahania się zgodziłem na to, żeby polecieć do Polski - opowiadał kapitan Aleksander Tarnawski, ostatni żyjący cichociemny, który na początku stycznia tego roku skończył 100 lat.

Już jesienią 1939 r. rząd RP rozważał różne sposoby utrzymywania kontaktu z podziemiem zbrojnym tworzącym się w okupowanej Polsce. Droga lądowa przez kontrolowaną przez Niemców Słowację do polskich ambasad na Bałkanach była długa i niosła z sobą wielkie ryzyko. W grudniu 1939 i styczniu 1940 r. służący w polskim Sztabie Generalnym kapitan Jan Górski złożył dwa memoranda dotyczące użycia lotnictwa do wsparcia przyszłego powstania powszechnego w okupowanym kraju.

"Podpalenie Europy"

Podobne przygotowania trwały kilka tysięcy kilometrów dalej. Już w lutym 1940 r. zastępca dowódcy Związku Walki Zbrojnej generał Stefan Rowecki "Grot" zdecydował o stworzeniu Komendy Głównej Lotnictwa, której zadaniem miało być organizowanie miejsc zrzutu i lądowisk dla wsparcia od państw sojuszniczych.

Na rozpoczęcie realizacji tych pomysłów trzeba było czekać do najbardziej dramatycznego momentu II wojny światowej. Po klęsce Francji premier Winston Churchill stwierdził, że strategicznym celem Wielkiej Brytanii musi być jak najszybszy powrót do walki na kontynencie. W ten sposób narodziła się koncepcja użycia "wojsk wypadowych", których zadaniem miało być maksymalnie efektywne angażowanie niemieckich sił w krajach okupowanych. Po latach Churchill nazwał tę strategię "improwizacją wymyśloną w sytuacji naprawdę rozpaczliwej".

OGLĄDAJ TVN24 W INTERNECIE NA TVN24 GO >>>

W drugiej połowie lipca 1940 r. przystąpiono do tworzenia Kierownictwa Operacji Specjalnych (Special Operations Executive), które miało zrealizować plan premiera Wielkiej Brytanii. Pierwszy dowódca SOE Hugh Dalton powiedział, że misją jego żołnierzy będzie prowadzenie "wojny niedżentelmeńskiej".

Cichociemni zajmowali się m.in. dywersją, sabotażem, wywiadem. Ministerstwo Spraw Zagranicznych

W grudniu 1940 r. SOE nawiązało kontakty ze Sztabem Naczelnego Wodza i rozpoczęło uzgadnianie udziału Polaków w operacjach specjalnych. Jednak już kilka miesięcy wcześniej na kurs spadochronowy SOE trafił kapitan Maciej Kalenkiewicz ps. Kotwicz. W ten sposób spełniało się jego marzenie użycia lotnictwa do wsparcia Polskiego Państwa Podziemnego. Kursy SOE odbywały się początkowo w zamku Inverlochy koło Inverness w Szkocji. W pierwszych miesiącach tworzenia sił specjalnych szkolenie cichociemnych odbywało się metodą prób i błędów. Improwizacja była wymuszona brakiem czasu i chęcią jak najszybszego "podpalenia Europy".

Szkolenie obejmowało doskonalenie umiejętności przetrwania w trudnym terenie, skoki spadochronowe, posługiwanie się bronią oraz materiałami wybuchowymi. Żołnierzy walczących za liniami wroga przygotowywano także do życia w okupowanym kraju, który zupełnie nie przypominał tego, który pozostawili w 1939 r. Dodatkowe szkolenia obejmowały kursy specjalistyczne - wywiadowcze, radiotelegraficzne, lotnicze, pancerne (obejmowały przygotowanie do obsługi maszyn wroga) oraz legalizacyjne (fałszowania dokumentów). Cichociemni mieli więc stanowić elitę podziemnej armii.

"Charakter mocny, o dużym harcie ducha"

Wywodzili się ze wszystkich jednostek Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Łączyła ich nie tyle wzajemna lojalność, ile przede wszystkim etos służby w najbardziej niebezpiecznych warunkach i najściślejszej tajemnicy. W instrukcji z 1943 r. szef Oddziału VI (Specjalnego) podpułkownik Michał Protasewicz podkreślał, że "wszystkie bez wyjątku czynności związane z lotem do Kraju są ścisłą tajemnicą wojskową. Bezwzględne przestrzeganie tej tajemnicy jest podstawowym warunkiem powodzenia samych lotów oraz całości akcji lotniczej w Kraju, jak również jedynym sposobem zabezpieczenia przed represjami rodziny skoczka".

Owa "tajemniczość" działań spadochroniarzy zrzucanych do okupowanej Polski prawdopodobnie doprowadziła do narodzin określenia "cichociemni". Po raz pierwszy pojawiło się ono w instrukcji z września 1941 r.

W 2016 r. ostatni żyjący cichociemny kpt. Aleksander Tarnawski ps. Upłaz tak wspominał swoje szkolenie w Wielkiej Brytanii. - Pewnego dnia, to był koniec czy połowa 1943 r., zostałem poproszony do kancelarii kompanijnej, gdzie czekał pułkownik z Londynu, który mi zaproponował, czy nie mam ochoty polecieć do Polski. Ponieważ raz, że miałem wtedy te 22 lata, a po drugie to już na całym świecie wojna się toczyła, a ja tu siedziałem bezczynnie, bez wahania się zgodziłem na to, żeby polecieć do Polski - opowiadał. Po wyrażeniu zgody został przeniesiony do oddziału specjalnego, w którym odbywało się szkolenie.

Ostatni cichociemny, kapitan Aleksander TarnawskiPAP/Leszek Szymański

Kluczowe dla kwalifikacji w szeregi cichociemnych były ich predyspozycje fizyczne i psychiczne. "Charakter mocny, o dużym harcie ducha i uczuciach patriotycznych. Opanowany, o dużym wyrobieniu życiowym oficer, pełen ideowych zasad. Karny, lojalny, spokojny o dużym zapale do pracy, w której jest pilny i obowiązkowy. […] Fizycznie zdrów i wytrzymały, nerwowo opanowany" - zaznaczono w charakterystyce porucznika Bolesława Polończyka, "Kryształa".

Pierwszy zrzut, kryptonim Adolphus

Organizację przerzutów powierzono polskiej sekcji SOE oraz Oddziałowi VI Sztabu Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych, odpowiedzialnemu za łączność z Komendą Główną ZWZ. W grudniu 1940 r. przygotowania do pierwszej misji były zakończone. Pierwszy start został jednak odwołany. Uznano, że pospiesznie przystosowany do lotów transportowych dwusilnikowy bombowiec "Whitley" ma zbyt mały zasięg. Kolejne dwa miesiące zajęło zamontowanie dodatkowych zbiorników paliwa.

Pierwszy zrzut, noszący kryptonim Adolphus, odbył się w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. Na pokładzie brytyjskiego samolotu znalazło się trzech polskich skoczków: kapitan Stanisław Krzymowski ("Kostka"), porucznik Józef Zabielski ("Żbik") oraz kurier polityczny Czesław Raczkowski ("Włodek"). Nad kanałem La Manche "Żbik" zauważył, że maszyna nie posiada specjalnego włazu w podłodze. W trakcie szkolenia zakładano, że właśnie w ten sposób skoczkowie będą opuszczać maszynę. Cichociemni musieli zatem wyskakiwać przez drzwi.

Nad Niemcami samolot został namierzony przez obronę przeciwlotniczą. Po wielu godzinach niebezpiecznego lotu spadochroniarze zostali zrzuceni nie jak planowano pod Włoszczową w Kieleckiem, lecz na Śląsku Cieszyńskim pod Skoczowem, na terenach włączonych bezpośrednio do Rzeszy.

80 lat temu cichociemni zostali zrzuceni po raz pierwszy na tereny PolskiNAC

W czasie lądowania Zabielski uszkodził staw skokowy i śródstopie. Na zrzutowisku odnalazł się z Raczkowskim. Od polskiego gospodarza wynajęli furmankę, którą dotarli do Skoczowa, a stamtąd pociągiem do Bielska, gdzie się rozdzielili. Osobno przekraczali granicę Generalnego Gubernatorstwa. Krzymowski i Zabielski dotarli do Warszawy. Później zameldował się tam również Raczkowski, którego Niemcy zatrzymali w trakcie przekraczania granicy. Uznali go za przemytnika i uwięzili w Wadowicach. Nawiązał kontakt z Batalionami Chłopskimi. Został wykupiony z więzienia.

W strefie lądowania Niemcy odnaleźli zrzucone na osobnych spadochronach zasobniki zawierające radiostacje, broń i materiały wybuchowe. Poszukiwania podjęte przez armię i kontrwywiad nie przyniosły rezultatów, ale uczuliły Niemców na nowy sposób prowadzenia walki.

316 przerzuconych w 82 lotach

Pierwszy przerzut cichociemnych do okupowanej Polski miał charakter eksperymentalny. "Whitley" wylądował w Wielkiej Brytanii z zapasem paliwa na zaledwie kwadrans lotu. Niesprzyjające warunki atmosferyczne lub wybranie nieco dłuższej trasy nie pozwoliłyby na bezpieczny powrót do bazy. Trasę przelotu uznano za zbyt niebezpieczną dla samolotów "Whitley" i na dziewięć miesięcy przerwano loty.

Po wznowieniu misji do lotów nad Polskę wykorzystywano specjalnie przystosowane do tego typu zadań samoloty "Halifax". Zmieniono również trasę, która przebiegała odtąd nad Danią lub Szwecją. Loty nowym korytarzem trwały od 11 do 14 godzin. Latano wyłącznie nocami, i to tylko przy świetle księżyca, ponieważ nawigatorzy musieli polegać jedynie na swoim wzroku. Zrzuty były więc możliwe jesienią, zimą i wczesną wiosną, gdy noce były najdłuższe. Sytuację zmieniło dopiero przeniesienie w 1943 r. bazy przerzutów na południe Włoch, do Brindisi. Nowa trasa znacznie skróciła czas podróży.

W sumie w rekrutacji prowadzonej od lata 1940 do jesieni 1943 r. do służby w roli cichociemnych zgłosiło się 2413 oficerów i podoficerów Polskich Sił Zbrojnych. Ogółem przeszkolono 606 osób, a do przerzutu zakwalifikowano łącznie 579 żołnierzy i kurierów.

Od 15 lutego 1941 do 26 grudnia 1944 r. zorganizowano 82 loty, w czasie których przerzucono do Polski 316 cichociemnych (jeden z nich skakał dwukrotnie), wśród których znalazła się jedna kobieta - Elżbieta Zawacka "Zo". W ramach wspomnianych zrzutów do kraju wysłano także 28 kurierów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

"Patriotyzm i konieczność poświęcania się za ojczyznę to były naczelne hasła"

Spośród 316 cichociemnych dziewięciu zginęło przed dotarciem do celu: trzech poniosło śmierć z powodu rozbicia się samolotu u wybrzeży Norwegii, trzech innych zostało zestrzelonych nad Danią, a trzem skoczkom nie otworzyły się spadochrony.

W okupowanej Polsce cichociemni wchodzili w skład kierownictwa Komendy Głównej AK, byli żołnierzami "Wachlarza", Związku Odwetu, Kierownictwa Dywersji, zajmowali się szkoleniem, wywiadem, należeli do oddziałów partyzanckich, uczestniczyli w sabotażu i działaniach dywersyjnych we wszystkich okręgach AK. Odegrali kluczową rolę w akcji "Burza". 91 cichociemnych walczyło w Powstaniu Warszawskim. Poległo osiemnastu z nich.

Wspomniany kapitan Aleksander Tarnawski przeciwstawił się drugiemu z wrogów Rzeczypospolitej - na Nowogródczyźnie uczestniczył w starciach z partyzantką sowiecką. Ostatnim komendantem tamtejszych struktur Armii Krajowej był jeden z pomysłodawców działalności cichociemnych, kapitan Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz". Zginął 21 sierpnia 1944 r. w bitwie pod Surkontami koło Lidy w boju z oddziałami sowieckimi.

Do najbardziej znanych cichociemnych przerzuconych do Polski należeli generał Leopold Okulicki - ostatni Komendant Główny AK, pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki - szef Oddziału II KG AK, Jan Piwnik "Ponury" – dowódca partyzancki z Gór Świętokrzyskich, major Bolesław Kontrym "Żmudzin" stojący na czele Centrali Służby Śledczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa, czy też podporucznik Hieronim Dekutowski "Zapora", wybitny dowódca oddziałów AK na Lubelszczyźnie i jeden z najważniejszych dowódców podziemia antykomunistycznego.

W czasie wojny zginęło 103 cichociemnych. Dziewięciu zaś zostało zamordowanych przez władze komunistyczne w powojennej Polsce. Ci, którym udało się przeżyć i pozostali w Polsce, niemal do końca rządów komunistycznych milczeli o swojej przeszłości.

Motywacje kierujące cichociemnymi wyjaśniał kapitan Tarnawski. W jego opinii ryzyko, które podjęli, należy tłumaczyć patriotycznym wychowaniem odebranym przez pierwsze pokolenie urodzone w niepodległej Polsce. - W okresie mojego dzieciństwa i młodości, po tylu latach niewoli, patriotyzm i konieczność poświęcania się za ojczyznę to były naczelne hasła. A jeśli młody człowiek jak ja w takiej atmosferze wyrastał, to tak było, jak jest - opowiadał.

Autor:mart//now

Źródło: PAP, dzieje.pl

Źródło zdjęcia głównego: PAP/Leszek Szymański