TVN24 | Polska

Chirurgów ogólnych jak na lekarstwo: by ratować życie w państwowym szpitalu, powiększają usta w prywatnej placówce

TVN24 | Polska

Autor:
Karolina
Kowalska
Źródło:
tvn24.pl
Polscy medycy jadą do Zambii jako wolontariusze Redemptoris Missio
Polscy medycy jadą do Zambii jako wolontariusze Redemptoris MissioTVN24
wideo 2/2
TVN24Polscy medycy jadą do Zambii jako wolontariusze Redemptoris Missio

Tylko 35 lekarzy w Polsce zdecydowało się rozpocząć ostatnio szkolenie specjalizacyjne z chirurgii ogólnej. 62 miejsca rezydenckie pozostały nieobsadzone, a dyrektorzy szpitali głowią się, jak obsadzić dyżury. W ciągu trzech lat średni wiek wykonującego ten zawód wzrósł do 59,5 roku. Powód? - Ciężka praca, niskie płace i niedoinwestowanie oddziałów, które są dla szpitali na granicy opłacalności - tłumaczą lekarze. By móc ratować życie w ramach NFZ, w prywatnych gabinetach ostrzykują zmarszczki i powiększają usta.

Zgodnie z danymi Naczelnej Izby Lekarskiej 1 czerwca 2022 r. w Polsce było 9535 chirurgów ogólnych, z czego 8910 wykonujących zawód.

Z tych 8910, "pełnymi" specjalistami, z II stopniem specjalizacji czy ukończoną jednolitą specjalizacją, jest 6416 osób. Zabiegi chirurgii ogólnej wykonuje jednak prawdopodobnie nawet mniej lekarzy. - To dane dotyczące wszystkich czynnych zawodowo lekarzy, którzy uzyskali specjalizację z chirurgii ogólnej. Nie oznacza to, że wszyscy ci lekarze pracują jako chirurdzy. Część ma np. drugą specjalizację. Dane uwzględniają także tych lekarzy, którzy jako kolejną specjalizację wybrali chirurgię onkologiczną czy naczyniową - dawniej w systemie dwustopniowym nie można było zostać chirurgiem naczyniowym czy chirurgiem onkologicznym bez ukończenia specjalizacji z chirurgii ogólnej. Osoby wykonujące dziś wyłącznie procedury np. chirurgii naczyniowej również ujęte są w tych statystykach dotyczących chirurgii ogólnej - tłumaczy rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Renata Jeziółkowska.

Te kilka tysięcy chirurgów ogólnych to za mało, co dotkliwie odczuwają zarządzający szpitalami i pacjenci. A rozwiązania tej sytuacji nie widać, bo prestiżowa niegdyś chirurgia z roku na rok przyciąga coraz mniejszą liczbę lekarzy.

Według Porozumienia Chirurgów "Skalpel", w sesji wiosennej 2022 r. specjalizację z chirurgii ogólnej wybrało tylko 35 lekarzy, a 62 miejsca rezydenckie zostały niezapełnione. To znaczy, że tylko co trzecie miejsce specjalizacyjne zostało obsadzone, i to pomimo że chirurgia ogólna należy do specjalizacji priorytetowych, a jej rezydenci mogą liczyć na pensje wyższe niż np. dermatolodzy, kardiolodzy czy ginekolodzy.

Apelują od trzech lat

"Średni wiek chirurga rok temu wynosił 58,5 roku, a łączna liczba chirurgów ogólnych w Polsce wynosi ok. 9 tys., co w sytuacjach kryzysowych stwarza bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia obywateli" – pisali w grudniu 2019 r. w swoim manifeście założyciele Porozumienia Chirurgów "Skalpel".

Krzysztof Hałabuz - współzałożyciel Porozumienia Rezydentów (PR) i rezydent chirurgii ogólnej, Katarzyna Pikulska - działaczka PR po rezydenturze z ortopedii oraz małżeństwo specjalistów: chirurg ogólna i naczyniowa Renata Florek-Szymańska i neurochirurg Tomasz Szymański doszli do wniosku, że bez zmian w kształceniu i zarobkach chirurgów, za kilka lat nie będzie komu operować Polaków.

Od trzech lat alarmują w Ministerstwie Zdrowia i w mediach, że stan polskiej chirurgii jest katastrofalny. Piszą do ministrów i konsultantów krajowych i walczą o tzw. system no-fault, który spowoduje, że lekarze nie będą ponosić odpowiedzialności karnej za zdarzenia niepożądane, na które nie mają wpływu. Już trzy lata temu zwracali uwagę, że program specjalizacji jest przestarzały, a przyszli chirurdzy muszą wykonać m.in. wagotomię, czyli wycięcia nerwu błędnego przy żołądku, który dziś leczy się farmakologicznie, czy asystowanie do operacji przełyku, wykonywanych w zaledwie kilku ośrodkach w kraju. Żeby skończyć szkolenie specjalizacyjne, rezydenci jeżdżą po całym kraju, często tylko po to, by popatrzeć komuś przez ramię. To zniechęca.

Średni wiek chirurga: 59 lat

- Trzy lata po naszym manifeście sytuacja w chirurgii jeszcze się pogorszyła, czego dowodem jest wzrost średniego wieku chirurga o rok do 59,5 roku. Można za to winić pandemię, która opóźniła wszelkie działania naprawcze, ale prawda jest taka, że chirurgia nie jest priorytetem tego rządu – mówi Krzysztof Hałabuz, prezes Porozumienia Chirurgów "Skalpel". A przewodnicząca "Skalpela", chirurg ogólny i naczyniowy Renata Florek-Szymańska zauważa, że minęły czasy, kiedy każdy kandydat na medycynę chciał zostać chirurgiem, a na tę specjalizację zgłaszali się najlepsi.

- Kiedy przed 20 laty wybierałam chirurgię, najpierw musiałam przeczekać kilka lat na otwarcie specjalizacji, bo miejsca zostały zablokowane, a potem regularnie słyszałam, że miejsce kobiety jest w kuchni, a nie na sali operacyjnej. Poradziłam sobie, bo chciałam się uczyć i byłam twarda. Dziś o rezydentkę chirurgii się dba, bo młodych w tej specjalizacji jest jak na lekarstwo - tłumaczy Renata Florek-Szymańska.

Piotr Pisula, były przewodniczący Porozumienia Rezydentów, a od roku rezydent chirurgii ogólnej, przyznaje, że o takich jak on jest dziś bardzo trudno. - Oddziały chirurgiczne, szczególnie w szpitalach powiatowych, mają ogromne problemy kadrowe. Zdarza się, że działają "na zakładkę", bo cały personel lekarski stanowi trzech chirurgów, którzy co trzeci dzień wymieniają się na dyżurach, jeśli nie znajdą zewnętrznych dyżurnych. Gdy przyjdzie do nich rezydent, obsada oddziału zwiększa się o 30 procent - mówi.

Szpital powiatowy - najpierw w Wolsztynie (woj. wielkopolskie), a obecnie w Obornikach Wielkopolskich, wybrał z rozmysłem. - Na oddziale w Poznaniu może być pięciu, a nawet dziesięciu rezydentów, więc trudniej im dostać się do stołu operacyjnego. Są miejsca, gdzie miesiącami stoją jako trzecia czy czwarta asysta. W powiecie, gdzie dramatycznie brakuje ludzi, szybko osiąga się samodzielność. Starszym lekarzom zależy, byś jak najszybciej zaczął sam dyżurować, więc wszystkiego cię uczą - mówi Piotr Pisula.

Pisula już na studiach chodził na dyżury na oddziały chirurgii ogólnej i naczyniowej, dawano mu się uczyć. Rezydenturę zaczynał z doświadczeniem i przekonaniem, że wie, co chce robić. - Ja mam taki charakter, lubię szybko podejmować decyzje, działać. Już na studiach koledzy i wykładowcy mówili: "Ten to zostanie chirurgiem". Ale wiem, że takich jak ja jest mało - przyznaje. Były harcerz, absolwent chemii biologicznej i Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, jest urodzonym działaczem i zadaniowcem. Dlatego wytrzymuje presję i tempo.

Cieśla nie zabiera emocji do domu

Dodaje, że do chirurgii może zniechęcać fakt, że trudno tu o zdrowy "work-life balance". - To praca w ciągłym stresie, niepozwalająca spać po nocach, pełna sytuacji nagłych, gdzie trzeba podejmować szybkie decyzje decydujące o ludzkim życiu - i to tu i teraz, a nie na papierze. Idąc na studia i nie mając pojęcia o systemie, wiele osób ma wdrukowany magiczny mit z dawnych czasów, że chirurgia jest najbardziej prestiżowa. Ale gdy staną przy stole i muszą przez trzy godziny trzymać "haki" (narzędzia chirurgiczne odsłaniające pole operacyjne - przyp. red.), wiele osób orientuje się, że taki tryb życia nie jest dla nich - tłumaczy.

Były przewodniczący Porozumienia Rezydentów i rezydent ortopedii Filip Płużański zgadza się, że praca chirurga obciąża zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. - Wprawdzie w trakcie zabiegu ograniczamy się do pola operacyjnego, nie myśląc, że ten pacjent ma czworo dzieci i żonę, którzy na niego czekają, ale jak się okaże, że nie możemy mu pomóc, bo na przykład ma nieoperowalny nowotwór, to tę bezsilność bierzemy do domu, razem ze zmęczeniem fizycznym. Dlatego tak wielu chirurgów jest wśród wysoko funkcjonujących hazardzistów czy alkoholików - mówi Płużański.

Zżyma się na złośliwe porównywanie chirurgów do rzeźników, a ortopedów - do budowlańców albo cieśli. -  Robotnik po wykonaniu gładzi szpachlowej zamyka drzwi i ze spokojną głową idzie do domu, nie martwiąc się, że jeśli nie zamknie kubełka z farbą, ktoś umrze - tłumaczy.

Żeby ratować w ramach NFZ, prywatnie powiększa usta

A to wszystko za 6769 zł brutto miesięcznie - tyle wynosi minimalne wynagrodzenie zasadnicze specjalisty zatrudnionego na etacie w publicznej ochronie zdrowia. A od lipca, zgodnie z przyjętą w czwartek przez Sejm ustawą o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego w ochronie zdrowia, 8210 zł brutto, co, jak podkreślają lekarze, nie wyrówna dwucyfrowej inflacji.

Dla większości chirurgów ogólnych czy naczyniowych szpital publiczny nadal pozostaje głównym miejscem pracy. Tam wycinają rozlane wyrostki, usuwają pęcherzyki żółciowe, wykonują rozległe operacje onkologiczne. - W szpitalach publicznych wykonują je specjaliści z ogromnym stażem pracy i o unikalnych umiejętnościach, którzy za swoją pracę nie są w stanie spłacić kredytów ani utrzymać rodzin. Żeby w publicznym szpitalu ratować życie ludzi, muszą dorabiać w placówkach prywatnych, na przykład w gabinetach medycyny estetycznej - mówi Renata Florek-Szymańska.

Bez powiększania ust, ostrzykiwania zmarszczek czy wszczepiania nici liftingujących nie mogłaby sobie pozwolić na ratowanie ofiar tętniaków. - Młodzi to widzą i wybierają specjalizacje, które pozwolą im w przyszłości się utrzymać - zaznacza.

Chirurgia nieopłacalna dla szpitala

Według Krzysztofa Hałabuza, absolwentów kierunków lekarskich odstrasza też przestarzały system szkolenia: brak nowoczesnych zabiegów, niemożność ćwiczenia w centrach symulacji i kolejki do stołu operacyjnego. - Żeby ukończyć szkolenie specjalizacyjne, wiele procedur trzeba wykonać jako operator albo pierwsza asysta. A wielu rezydentów przez lata jest drugą lub trzecią asystą. Tak być nie powinno - twierdzi prezes Porozumienia Chirurgów "Skalpel".

Renata Florek-Szymańska jest jedną z nielicznych specjalistów, którzy szkolą młodszych kolegów. Kiedy odchodziła z poprzedniego szpitala, najmłodszy rezydent przyszedł jej podziękować, że zawsze mógł na nią liczyć, o coś zapytać i że dawała mu się nauczyć, co nie było normą na oddziale.

Młodych zniechęca jeszcze jedno: oddziały chirurgii to najbardziej zaniedbana część szpitala. Nie chodzi o łóżka czy sale pacjentów - te często wyremontowane są ze środków samorządu czy unijnych. Mowa o sprzęcie - nawet 15-letnim, psującym się, nie zawsze działającym jak trzeba, braku nici czy specjalistycznych opatrunków. Oddział chirurgiczny, obok pediatrii, interny i ginekologii wymagany nawet w szpitalach podstawowego stopnia zabezpieczenia, należy do najmniej opłacalnych. Za procedury chirurgiczne Narodowy Fundusz Zdrowia płaci dużo mniej, niż kosztują one szpital.

- Załóżmy, że godzina pracy bloku operacyjnego, uwzględniając leki, materiały operacyjne i koszty pracy chirurgów, anestezjologów i reszty personelu, wynosi 30 tysięcy zł. Dyrekcji bardziej opłaca się wpuścić na niego ortopedów, którzy przez tę godzinę wykonają np. endoprotezoplastykę za 34 tysiące zł, niż chirurgów ogólnych, którzy zoperują żylaki. W pierwszym przypadku szpital straci 28 tysięcy zł, w drugim zarobi 4 tysięcy zł. Niestety najbardziej potrzebne i najczęściej wykonywane operacje, takie jak przepukliny, pęcherzyki żółciowe czy właśnie żylaki, generują straty – mówi Filip Płużański, który przez ponad rok był dyrektorem ds. medycznych szpitala w Łowiczu.

- A tak być nie powinno! To po prostu nieuczciwe w stosunku do wszystkich, szczególnie pacjentów. Procedury powinny być wycenione adekwatnie, uczciwie. Tyle że resort zdrowia od co najmniej czterech lat nie ma czasu urealnić wycen - podkreśla Krzysztof Hałabuz.

Co dalej, chirurgio?

Renata Florek-Szymańska wygląda rewizji wycen procedur i ścieżki szkolenia. Ma też cichą nadzieję, że nastąpi to, zanim ona i tysiące chirurgów z jej pokolenia osiągnie wiek, w którym nie będą już w stanie pracować. Nie ma wątpliwości, że dziś system trzyma się na takich jak ona i jej mąż osobach z poczuciem misji, biorących dyżury za chorych kolegów i myślących głównie o pacjentach. Bo - tego jest pewna - młode pokolenie nie będzie popełniać ich błędów, czego wyrazem jest obsada miejsc specjalizacyjnych.

Krzysztof Hałabuz wierzy, że resort zdrowia zrozumie, że chirurgię od dramatu dzielą centymetry. Dlatego werbuje chirurgów do stowarzyszenia i zachęca do walki o pacjentów.

Filip Płużański widzi nadzieję w lekarzach z Ukrainy. - Oni jeszcze żyją prestiżem tej specjalizacji, która dla nich pozostała świętym Graalem medycyny. Nie obawiam się o ich umiejętności, bo nikt nie dopuści do stołu lekarza bez specjalizacji i nostryfikacji. Osobiście cieszyłbym się, gdybym mógł się nauczyć od doświadczonego ortopedy z Ukrainy – podkreśla Płużański.

Autor:Karolina Kowalska

Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock

Pozostałe wiadomości