Ponad sześćdziesiąt położnych na L4. Szpital nie przyjmuje rodzących

TVN24

Aktualizacja:
Białostocki szpital nie przyjmuje rodzącychtvn24
wideo 2/6

Kilkadziesiąt położnych z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku przebywa na zwolnieniach lekarskich. Skarżą się na przemęczenie i złe warunki. Placówka wstrzymała przyjmowanie rodzących. Dyrektor szpitala przyznał, że sytuacja jest "trudna" i co godzinę zbiera się sztab kryzysowy.

Jak sprecyzowała rzeczniczka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego (USK) Katarzyna Malinowska-Olczyk, w pracy z powodu zwolnień lekarskich nie ma "40 położnych z 62 pracujących na neonatologii, 17 z 32 pracujących na perinatologii i siedmiu z 18 na sali porodowej". Bez problemów działa jedynie - podkreślają władze szpitala - oddział reanimacji wcześniaków.

Placówka medyczna wstrzymała przyjęcia rodzących, które odsyłane są do szpitala wojewódzkiego. Rzeczniczka USK przyznała w rozmowie z TVN24, że sytuację można nazwać kryzysem, ale zaprzeczyła, jakoby oficjalnie dyrekcja wiedziała o trwającym proteście.

"Nie dopuszczam do siebie myśli, że jest to jakaś forma protestu"

Dyrektor szpitala Marek Karp powiedział podczas konferencji prasowej, że w związku ze zwolnieniami lekarskimi położnych sytuacja w szpitalu jest "trudna" i zmienna, co godzinę zbiera się sztab kryzysowy.

Oświadczył, że szpital nie ma oficjalnej informacji jakoby nieobecność położnych była związana z protestem i nie otrzymał żadnych postulatów, dlatego - dodał - szpital przyjmuje, że położne rzeczywiście są chore.

- W moim dwudziestoletnim doświadczeniu zawodowym w ochronie zdrowia nie spotkałem się z taką sytuacją, żeby na skutek jakichkolwiek nieporozumień ktokolwiek odszedł od łóżka chorego. Zwłaszcza takiego chorego. Więc nie dopuszczam do siebie takiej myśli, możliwości, że jest to jakaś forma protestu - podkreślił dyrektor szpitala.

Ewentualne wygaszenie funkcjonowania oddziału neonatologii

Karp poinformował, że ma zapewnioną minimalną obsadę położnych na noc ze środy na czwartek oraz na kolejny dzień, by zapewnić opiekę pacjentom. Zaznaczył jednak, że jeśli zabraknie jeszcze dwóch położnych, trzeba będzie zamknąć oddziały i przenieść pacjentów do innych placówek.

Dodał, że sytuacja zmienia się dynamicznie i zdarza się, że położne, z którymi uzgodniono, że przyjdą do pracy, przedstawiają zwolnienia lekarskie.

- Jestem przygotowany na to, że w sytuacji braku zabezpieczenia świadczeń położniczych wygaszę funkcjonowanie oddziału neonatologii - powiedział Marek Karp. Zaznaczył, że jest to opcja "niechciana", ale "mocno analizowana".

Najważniejsze bezpieczeństwo "najbardziej bezbronnych pacjentów"

Karp poinformował, że trwają rozmowy na temat ewentualnego przeniesienia małych pacjentów do innych szpitali. - Jest to ostateczność, którą musiałbym zastosować wtedy, kiedy w grę wchodziłby brak możliwości zapewnienia właściwej opieki w tym miejscu. Wiem, że w przypadku takiej decyzji pozbawiłbym województwo opieki na trzecim stopniu opieki neonatologicznej, zdaję sobie z tego sprawę - przyznał dyrektor.

Zaznaczył jednak, że zostawienie w szpitalu dzieci bez należytej opieki jest "równie groźne". - Nie chcę do tego doprowadzić - tłumaczył Karp. Dodał, że liczy, iż położne będą wracać do pracy, a wtedy będzie przywracał systematycznie normalną pracę.

- Na chwilę obecną to lekarz dyżurny decyduje o tym, czy stan zdrowia uzasadnia nagłą interwencję, jeżeli chodzi o poród - mówił dyrektor USK.

Rzeczniczka szpitala podkreślała, że najważniejsze jest "bezpieczeństwo tych najmniejszych, najbardziej bezbronnych pacjentów".

Obecnie w szpitalu przebywa sześcioro dzieci po tzw. porodach prawidłowych, sześcioro dzieci na oddziale wcześniaków, troje dzieci ma być wypisanych.

"Trzeba porozmawiać o tym, żeby praca była bezpieczna"

Jedna z położnych powiedziała anonimowo, że pracownice już od kilku miesięcy informowały władze szpitala o przemęczeniu i o złych warunkach pracy.

Wskazywały, że mimo podpisania przez szpital umowy z NFZ na program KOC (koordynowanej opieki nad kobietą w ciąży - red.), warunki nie są lepsze, a gorsze. Przyjmowanych jest więcej pacjentek niż w ubiegłych latach - tak, że personel medyczny nie ma czasu, by we właściwy sposób zająć się wszystkimi pacjentkami, a wiele kobiet po porodach nie może przebywać razem ze swoimi dziećmi.

- Trzeba porozmawiać o tym, żeby praca była bezpieczna. Żeby pacjentki nie były przyjmowane do porodu na korytarzu, żeby części porodu nie musiały spędzać na korytarzu, żeby wszystkie miały dostęp do znieczulenia, a tak nie jest. Do tego, żeby mogły być po porodzie razem z dzieckiem, a nie oddzielnie: dziecko na jednym oddziale, a matka po porodzie na drugim, ze względu na brak miejsc - wyliczała położna.

Reporter TVN24 dowiedział się nieoficjalnie, że pomimo zgłaszanych przez położne problemów dyrektor szpitala nie chciał się z nimi spotkać i nie odpowiadał na ich pisma.

Dyrektor placówki Marek Karp odpierał ten zarzut mówiąc, że spotyka się z wieloma grupami zawodowymi, także z położnymi.

Zwolnienia wpływają od poniedziałku

Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Białymstoku jest największym i najbardziej specjalistycznym szpitalem w województwie podlaskim. Informacje o zwolnieniach położnych z dwóch klinik: Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka oraz z Kliniki Perinatologii i Położnictwa ze szkołą rodzenia wpływają do szpitala od poniedziałku. Położne mają przebywać na zwolnieniach głównie od dwóch do pięciu dni i szpital liczy, że będą wracać do pracy.

Autor: ads//rzw / Źródło: TVN24, PAP

Źródło zdjęcia głównego: tvn24