Fotorejestratory bezużyteczne, kierowcy bezkarni. Urzędnicy twierdzą, że przez ochronę danych

TVN24

Fotorejestratory na białostockich ulicach tvn24
wideo 2/5

System zarządzania ruchem w Białymstoku działa od czterech lat. Kamery i czujniki umieszczone na pięciu miejskich skrzyżowaniach miały wyłapywać kierowców, którzy przejeżdżają na czerwonym świetle. System rejestrowania działał kilka miesięcy. Teraz urząd miasta powołuje się na ograniczenia wynikające z przepisów rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO) - zlicza wjazdy na czerwonym świetle, ale już nie zapisuje zdjęć i plików wideo.

Kiedy system fotorejestratorów działał, karanych mandatami było około 30 kierowców dziennie. Po jego wyłączeniu urzędnicy naliczają dziennie około 80 samochodów, które pędzą przez skrzyżowania na czerwonym świetle. - Zliczamy zdarzenia wjazdu na czerwonym świetle, ale już nie zapisujemy zdjęć i plików wideo, ponieważ nie mamy uprawnień, aby takie dane gromadzić – mówi Urszula Boublej, rzecznik prasowa prezydenta Białegostoku.

Złożony system zarządzania

System zarządzania ruchem w Białymstoku działa od 2015 roku. Jego elementem jest system rejestracji wjazdów na czerwonym świetle. Działał kilka miesięcy. Do stycznia 2016 roku mandaty za te wykroczenia wystawiała straż miejska, ale utraciła te uprawnienia. Do połowy 2018 roku część zarejestrowanego przez monitoring materiału trafiała do policji. – Później nie było zainteresowania z drugiej strony, aby te materiały przyjąć – zaznacza rzeczniczka prezydenta Białegostoku.

Patowa sytuacja

Po zmianie przepisów, w związku z ochroną wizerunku i danych osobowych, białostoccy urzędnicy twierdzą, że mają związane ręce. Odkąd obowiązuje RODO, od 2018 roku kierowcy złapani przez miejskie fotorejestratory nie dostali żadnego mandatu.

Urząd miasta na przełomie 2015 i 2016 roku próbował przekazać materiały z fotorejestratorów do policji i Głównej Inspekcji Transportu Drogowego. – Nie było zainteresowania przejęciem tych materiałów – dodaje Boublej.

Oczywistym wydawałoby się, że system monitoringu mogła przejąć policja, tak też twierdzą urzędnicy miejscy. Rzecznik podlaskiej policji powołuje się na ustawę o ruchu drogowym i wyjaśnia, że nie ma podstawy prawnej, by policja zajęła się systemem, bo nie ma prawa gromadzić danych z rejestracjami pojazdów i wizerunkami kierowców. Za kompetentną w tym zakresie instytucję policja wskazuje Inspekcję Transportu Drogowego.

Inspekcja wyraziła gotowość

Inspekcja twierdzi natomiast, że rzeczywiście prezydent Białegostoku wystąpił o możliwość przejęcia przez GITD dwóch fotoradarów i pięciu urządzeń rejestracji wjazdu na czerwonym świetle, jednak ostatecznych ustaleń brak.

- W kwietniu 2016 roku GITD wyraził gotowość nieodpłatnego przejęcia dwóch białostockich fotoradarów, które byłyby dostosowane do współpracy z systemem centralnym. Władze samorządu na powyższą propozycję poinformowały, że przeprowadzą niezbędne konsultacje oraz uzyskają odpowiednie opinie. O ostatecznych ustaleniach nie poinformowano GITD – tak na pytania TVN24 odpowiedziało Biuro Informacji i Promocji w Wydziale Komunikacji.

"Nikt nie zdejmuje fotoradarów"

Eksperci zajmujący się ochroną danych osobowych twierdzą, że zarówno policja, jak i urzędnicy mają prawo gromadzenia danych osobowych kierowców zarejestrowanych przez kamery na skrzyżowaniach.

- Przepisy zabraniają gromadzenia przez miasta wizerunków osób, ale już numery rejestracyjne pojazdu, jego zdjęcie i kolor jak najbardziej mogą być uwiecznione – wyjaśnia dr Maciej Kawecki, ekspert ds. ochrony danych osobowych. – Jeżeli dostajemy zdjęcie z fotoradaru razem z mandatem na przykład w Warszawie, to widzimy, że nasz wizerunek jest zamazany. Jest taka biała plamka, która jest wynikiem tego orzecznictwa, które się utrwaliło. Ale nikt nie zdejmuje fotoradarów – dodaje.

Cały system kosztował 26,5 miliona złotych. Za pięć rejestratorów miasto zapłaciło około 200 tysięcy złotych.

Autor: nina/ks / Źródło: TVN24 Białystok