Marta Tomczok w książce "Blizny. Krajobrazy po przemyśle" pokazuje skutki powojennego rozwoju Polski, odsłaniając jego wpływ zarówno na kraj, jak i na losy ludzi. W rozmowie z Piotrem Jaconiem dzieliła się wrażeniami z wędrówek po objętych industrializacją terenach. - Nie byłam w żadnym miejscu, które wzbudzałoby we mnie złe odczucia - mówiła. Wspomniała też swoją podróż do Bełchatowa, by zobaczyć kopalnię odkrywkową. Jak przyznała, było to, nomen omen, odkrycie: nagle przemysł wydobywczy, który znała z Górnego Śląska i który budził w niej mieszane uczucia, ukazał się w zupełnie innej formie. - Zobaczyłam, że kopalnie mogą mieć postać dziur w ziemi, ale otoczonych lasami, pustką i piękną przestrzenią - zauważyła. Podobnie było na Dolnym Śląsku, na granicy Czech i Niemiec, w okolicach Turowa. - Na pierwszy rzut oka nie było do czego się przyczepić - zaznaczyła. Jednak rozmowy z mieszkańcami ujawniły prawdziwe konsekwencje inwestycji: wysiedlenia, często przeprowadzane z dnia na dzień, bez wsparcia państwa dla przesiedleńców. - Bardzo często ludziom te domy zabierano czy niszczono na ich oczach, po to, żeby reszta widziała, że tak to się skończy, jeżeli będą się stawiać - opowiadała rozmówczyni Piotra Jaconia. Zwróciła uwagę, że skala wysiedleń, choć dramatyczna, była marginalizowana wobec sukcesu peerelowskiej industrializacji. Na tym polegał, według niej, paradoks Polski Ludowej, która miała "moc zestawienia dwóch rzeczywistości" - cudu gospodarczego i tragedii wysiedlonych ludzi. - Mam wrażenie, że z tego cudu gospodarczego świetnie sobie zdawano sprawę, ale z jego konsekwencji już nie - podsumowała.