Książka "Śmierć przed obrazem. O sztuce, starości i zanikaniu" to dla Marii Poprzęckiej coś więcej niż refleksja o przemijaniu. O tych sprawach opowiadała jako gościni programu "Piotr Jacoń. Bez polityki". Ton szybko stał się bardziej intymny niż publicystyczny. Poprzęcka nie tylko analizowała sztukę, ale też odsłaniała własne doświadczenia. Przyznawała, że choć od śmierci jej rodziców minęły ponad trzy dekady, ich brak potrafi powrócić nagle i boleśnie - w drobnych, codziennych potrzebach. W tęsknocie za kimś, kto po prostu poda herbatę i na chwilę zdejmie ciężar odpowiedzialności. To właśnie te nieoczywiste momenty odsłaniają prawdę: z sieroctwa się nie wyrasta.<br/>Jej opowieść to także szersza perspektywa - o pamięci pokolenia naznaczonego historią i o życiu, które nie daje się sprowadzić do prostych bilansów. Mówiła o sobie jako "dziecku Stalingradu", o dorastaniu w cieniu wojny, której nie pamięta, ale która gdzieś w niej została. A obok tego wszystkiego - sztuka, zawsze obecna, nie jako ozdoba, lecz konieczność. Coś tak naturalnego jak codzienny rytuał. W rozmowie z Piotrem Jaconiem wybrzmiewała też jej niezgoda na lęk przed starzeniem się: zamiast strachu proponuje ciekawość i upór w byciu aktywną. Bo nawet jeśli życie zmienia perspektywę, to nie odbiera potrzeby tworzenia - czasem wręcz przeciwnie, dopiero ją wyostrza.