Był 28 kwietnia 1986 roku. Dwa dni wcześniej, w nocy z 25 na 26 kwietnia, w elektrowni jądrowej w Czarnobylu na terenie dzisiejszej Ukrainy doszło do awarii reaktora. Do atmosfery przedostały się ogromne ilości substancji promieniotwórczych.
Pierwsze alarmujące pomiary w Polsce wykonano w Mikołajkach. Odpowiadali za nie pracownicy Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej.
"Nie wiedziałem, co jest źródłem promieniowania"
- Sytuacja od początku była pełna niepewności. Przez wiele godzin nie było żadnych oficjalnych informacji - wspominał po latach Stanisław Leszczyński z IMGW. W wywiadzie opublikowanym przez Internetową Telewizję Mikołajek przyznał, że do wieczora tego dnia nie wiedział, jaka jest przyczyna promieniowania.
- W radiu nie było żadnych komunikatów. Podejrzewałem, że samolot zgubił bombę atomową albo doszło do eksplozji w elektrowni - relacjonował Stanisław Leszczyński.
Przyznał, że o godz. 19 radio z Warszawy podało, że nastąpił wyciek z reaktora w Szwecji. Leszczyński od razu się zorientował, że to fałszywa informacja, bo w tym czasie masy powietrza napływały nad Polskę z południowego-wschodu. Dopiero w kolejnych wiadomościach podali, że chmura nasuwa się nad Polskę i Europę.
Alarm bez syren i informacji dla ludzi
Był ciepły, słoneczny dzień. Ludzie pracowali na działkach, spacerowali. Oficjalne ostrzeżenia nie pojawiały się godzinami. Mimo świadomości zagrożenia pracownicy stacji IMGW nie ostrzegali mieszkańców. Jak tłumaczył po latach Leszczyński, wyniki pomiarów miały status poufny.
Pracownicy stacji IMGW w Mikołajkach doskonale wiedzieli, że powinni założyć maski przeciwgazowe. Nie zrobili tego, bo mieli ich za mało. Nikomu też nie powiedzieli o swoim odkryciu, choć był to ciepły słoneczny dzień i ludzie pracowali na działkach. - To była sprawa poufna, wyniki pomiarów były poufne - powiedział po latach Leszczyński.
Wspominał też niecodzienny pomysł, który wówczas się pojawił - próbę bicia w kościelne dzwony, by zgromadzić mieszkańców. Ostatecznie z tego zrezygnowano, nie wiedząc, jak przekazać im informację o zagrożeniu.
Zainteresowanie świata i medialne sensacje
Gdy informacja o skażeniu wyszła na jaw, Mikołajki znalazły się w centrum zainteresowania zagranicznych mediów. Do miasteczka zaczęli przyjeżdżać dziennikarze z całego świata. Leszczyński wspominał, że jeden z włoskich dziennikarzy napisał nieprawdziwy artykuł, że z Mikołajek wysiedlono ludzi. Zilustrował go zdjęciem zupełnie pustego mikołajskiego rynku.
- Łobuz zrobił zdjęcie o świcie, co było widać po długości cieni, jakie rzucało wschodzące słońce. To była z jego strony tylko sensacja, nie żeby pomóc ludziom, ale podnieść atmosferę - mówił Leszczyński. Podkreślał, że ani on, ani inni pracownicy stacji nie udzielali wywiadów. Wszyscy uważali, że informacje miały charakter poufny.
Rutynowe badania skażenia atmosfery prowadzono w Mikołajkach już od lat 50. XX wieku. Był to efekt prób jądrowych prowadzonych przez światowe mocarstwa. Ślady takich testów docierały nad Polskę zwykle po kilku tygodniach. Tym razem sytuacja była inna. Katastrofa w Czarnobylu okazała się największą w historii energetyki jądrowej. Skażeniu uległ obszar sięgający 146 tysięcy kilometrów kwadratowych. Ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tysięcy osób. Bezpośrednio po wybuchu zginęło 31 osób, a liczba ofiar długofalowych do dziś jest przedmiotem sporów.