Film "Melania" budził kontrowersje jeszcze przed premierą. Media rozpisywały się o bajońskiej kwocie, którą Amazon wyłożył na prawa (40 milionów dolarów), ogromnym budżecie (około 35 milionów dolarów wydanych m.in. na promocję i dystrybucję) czy politycznych konotacjach związanych z tym projektem.
Od 30 stycznia, gdy film pojawił się na ekranach kin, emocje wcale nie opadły. Recenzenci - szczególnie liberalnych mediów - nie mieli litości. "Pierwotna wersja recenzji pokazywała, że przyznaliśmy filmowi jedną gwiazdkę. Intencją recenzenta było nieprzyznawanie żadnej" - pisał choćby brytyjski "The Guardian", nazywając film "przygnębiającym" i "nie do uratowania". Zwracano też uwagę, że mimo ogromnej akcji promocyjnej widzowie nieszczególnie kwapią się, by oglądać historię pierwszej damy. Rysownik Michael de Adder sugerował, że przyjemniejsze od seansu jest nawet leczenie kanałowe.
Ale były też głosy przeciwne. Donald Trump już zdążył obwieścić, że produkcja "bije rekordy", zaś sama Melania w mediach społecznościowych udostępnia artykuły o sukcesach "Melanii", m.in. o tym, że dokument zarobił więcej niż pięć innych filmów nominowanych w tym roku do Oscara. Jeśli zaś o nagrodach Amerykańskiej Akademii Filmowej mowa, to Kayleigh McEnany, komentatorka Fox News - a wcześniej sekretarz prasowa Białego Domu w administracji Trumpa - stwierdziła, że "Melania" zasługuje na Oscara.
Jak więc jest naprawdę? Kto ma rację? Mamy do czynienia z sukcesem czy klapą?