Rosyjska rakieta w Tarnawie-Kolonii. Dlaczego w niektórych powiatach dyżurni "nie stanęli na wysokości zadania"
W środę podczas konferencji szef rządu został zapytany o to, czy Polacy są bezpieczni i dlaczego nie we wszystkich siedemnastu powiatach zawyły syreny w związku z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej. Chodzi o incydent na Lubelszczyźnie. - Z punktu widzenia premiera ważne było, jak w takiej sytuacji działa Ministerstwo Obrony Narodowej, odpowiedzialni generałowie, przede wszystkim Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, piloci - a więc procedury stricte wojskowe, syreny - powiedział premier Tusk. Jak przyznał, "od początku wiedzieliśmy, że w takich sytuacjach nic nie będzie idealne na 100 procent". Zapowiedział jednak, że przyjrzy się tej sprawie.
- Kwestie dyżurnych w powiatach bardzo dokładnie zbadamy, bo chcemy z każdej sytuacji wyciągnąć możliwie dużo praktycznych wniosków. Sprawdzimy, kto odpowiada w tych powiatach za władzę publiczną i dlaczego dyżurni tam nie stanęli na wysokości zadania - zapowiedział szef rządu.
Jak dodał, "intuicja podpowiada mi, że włodarzami tych powiatów nie są moi polityczni znajomi".
- Bardzo dokładnie zbadamy kwestie dyżurnych w powiatach, w których nie zawyły syreny - zapowiedział w środę podczas konferencji prasowej Donald Tusk. Premier odniósł się do publikacji Wirtualnej Polski.
Zawiódł "czynnik ludzki"
Tuż po tym jak w ubiegłym tygodniu w pobliżu Tarnawy-Kolonii w Lubelskiem spadła rosyjska rakieta Ch-101 pojawiło się wiele pytań o to, czy i jak zadziałał system ostrzegania ludności. Alarmem zostało objętych 17 powiatów, 10 z nich opóźniło ten proces lub nie włączyło syren.
Wojewoda lubelski poinformował, że "zawiódł czynnik ludzki", a dziennikarze portalu Wirtualna Polska opisali, dlaczego tak się stało. Z ich ustaleń wynika między innymi, że w powiecie tomaszowskim dyżurny nie zdążył dojechać. Z kolei w powiecie puławskim spał i nie usłyszał smsa. W kraśnickim dyżurny miał zwlekać, bo próbował się dodzwonić do swojego przełożonego.
Na koniec premier dodał, że sprawdzenie tych informacji zapewne zajmie kilka godzin, a ustaleniami podzieli się z opinią publiczną.
Ostrzegać mają nie tylko syreny
W ubiegłym tygodni szef MSWiA Marcin Kierwiński zapowiedział, że w ciągu kilkunastu najbliższych tygodni zostanie uruchomiona specjalna aplikacja regulująca kwestie ostrzegania ludności.
Minister podkreślił, że priorytetem jest systematyczne uzupełnianie zaległości i budowa nowoczesnego, skutecznego systemu reagowania na zagrożenia. Według Kierwińskiego nowe rozwiązanie ma uzupełnić obecny system alarmowania, który jest oparty m.in. na syrenach i alertach Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.
O tym jak o niebezpieczeństwie ostrzega się w innych krajach pisaliśmy w TVN24+.