W czwartek Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wysłało do mieszkańców województw podkarpackiego i lubelskiego alerty o zagrożeniu atakiem z powietrza.
Wynikało ono z ataków Rosji na zachodnią część terytorium Ukrainy. Zawyły również syreny alarmowe.
Wiadomo, że w 120 budynkach zarządzono ewakuacje. - To były szkoły, to były uniwersytety, większe miejsca pracy czy urzędy. W związku z czym dalej będziemy prowadzić podsumowania, dalej będziemy się wymieniać informacjami, dalej będziemy prowadzić działania, które mają na celu podniesienie efektywności działania systemu wczesnego alarmowania i ostrzegania - poinformował podczas konferencji wojewoda lubelski Krzysztof Komorski.
Jak konkretnie zareagowały szkoły, gdy zawyły syreny? Relacje dyrektorów.
Dyrektorka: trochę paniki było
- Codziennie otrzymujemy alerty, ale tym razem zawyły też syreny, dlatego wdrożyliśmy procedurę, którą mamy w szkole, czyli zebranie dzieci w miejscu bezpiecznym - mówi tvn24.pl Katarzyna Orzeł, nauczycielka i dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 18 w Lublinie.
Jak podkreślają eksperci, bezpieczne miejsce to takie, w którym nie ma okien albo jest ono bardzo małe. W tej szkole, podobnie jak w wielu innych, ustalono, że dzieci ewakuuje się do szatni lub na korytarz.
- Zeszliśmy do szatni, bo jest poniżej parteru. Są tam bardzo małe okna i tylko po jednej stronie. Każda klasa szła ze swoim nauczycielem. Zależało mi, żeby uspokoić dzieci, dlatego w szatni powiedziałam im, żeby się nie bali, bo nic złego się nie dzieje. A jesteśmy tu, bo takie są procedury - tłumaczy dyrektorka.
Wszyscy rodzice otrzymali od szkoły wiadomości o tym, że dzieci sprowadzono do szatni. Po odwołaniu alertów dzieci wróciły do sal, a rodzice znów otrzymali sygnał, że niebezpieczeństwo minęło. Każdą grupę odwiedził psycholog, pedagog i dyrektorka, by jeszcze raz wytłumaczyć, co się wydarzyło.
Część dzieci zareagowała podczas ewakuacji emocjonalnie. - Trochę paniki było. Szczególnie wśród maluchów, bo nie wiedziały, co się zadziało. Tak że myślę, że trzeba też przygotowywać dzieci do takich sytuacji. Nie tylko my w szkole, ale także rodzice w domu - podkreśla dyrektorka.
Na ogłoszenie alarmu i ewakuację zdecydował się również dyrektor VIII Liceum Ogólnokształcącego w Lublinie. W czwartek w placówce było ponad 360 uczniów. Część młodzieży zeszła do piwnicy, kolejni udali się do sali gimnastycznej, gdzie nie ma szklanych okien, a pozostali schronili się w korytarzu przy sekretariacie.
- Uczymy się tak naprawdę tych procedur, bo ta sytuacja też jest dla nas nowa, więc na bieżąco staramy się reagować w takich sytuacjach - powiedział portalowi Wp.pl dyrektor szkoły Kamil Dąbrowski.
Płacz i telefony do rodziców
Ewakuację przeprowadzono również m.in. w Zespole Szkolno-Przedszkolnym nr 10 w Lublinie. - Przeprowadzili nas, każdą klasę do szatni na dół - wspomina jeden z młodszych uczniów szkoły. A kolejny dodaje: mieliśmy być w szatni około półtorej godziny.
Tutaj też dyrektor i nauczyciele poświęcili więcej czasu na rozmowy z uczniami. Zaplanowano, że wychowawcy przeprowadzą z uczniami lekcje wychowawcze.
- Każdy ma obawy w związku z tym, co się dzieje. To chyba normalne. Najważniejsze, że szkoła zachowała się w sposób prawidłowy i ogarnęła dzieciaki - stwierdziła mama jednego z uczniów, z którą rozmawiał reporter TVN24.
Z kolei dyrektor Prywatnych Szkół im. Królowej Jadwigi Marek Krukowski poinformował, że uczniowie zostali sprowadzeni do niższych kondygnacji, do auli i na korytarz. - Nie wychodziliśmy na zewnątrz. Na odwołanie alarmu czekaliśmy w szkole. Przeżyliśmy to mocno. Był płacz, telefony od rodziców - powiedział Krukowski. Krytycznie odniósł się do organizacji miejsc schronienia. Zastrzegł, że w pobliżu szkoły nie ma bezpiecznego miejsca, gdzie mógłby wyprowadzić 600 uczniów.
Dwie szkoły z Lublina - XXX Liceum Ogólnokształcące oraz Zespół Szkół Włókienniczych - przeprowadziły ewakuację uczniów i pracowników na zewnątrz budynków, szukając schronienia na parkingach zewnętrznych.
Szybka ewakuacja
W Rzeszowie (Podkarpacie) szkoły też różnie zareagowały na alerty RCB i uruchomienie syren alarmowych.
W Szkole Podstawowej nr 25 w Rzeszowie, gdy zawyły syreny, w klasach otworzyły się drzwi, a nauczyciele czekali na dalsze instrukcje. Wtedy dyrektorka podjęła decyzję o sprowadzeniu dzieci do bezpiecznego miejsca. Dodatkowo komunikat o ewakuacji przekazano również przez szkolny radiowęzeł.
- Niezwłocznie, przeliczając dzieci, wszyscy schodziliśmy do szatni. Szkoła jest duża, więc są dwie strony szatni: do jednej schodziły dzieci młodsze, do drugiej starsze. Po zejściu do boksów szatniowych dzieci usiadły i czekały na dalsze polecenia. Na miejscu dzieci zostały jeszcze raz przeliczone - powiedziała w TVN24 dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 25 w Rzeszowie Bożena Zięba.
Zgodnie z procedurą nauczyciele jeszcze raz sprawdzili wszystkie pomieszczenia. Okazało się, że wszyscy uczniowie zastosowali się do komunikatu. - Dzieci już zadawały pytania, jak długo tu będą. (...) Dzieci rozmawiały ze sobą, nie było jakiejś paniki niepotrzebnej, wszystko przebiegało spokojnie - dodała.
Ewakuację zakończono po godzinie. Cześć dzieci skończyła już lekcje i mogli je odebrać rodzice, pozostali kontynuowali zajęcia. Dyrektorka dopytywana o to, jak na tę sytuację reagowały dzieci, odpowiedziała, że widać, że rozumiały, co się działo.
- Pierwszy raz nam się zdarzyło, że w takiej sytuacji musieliśmy dzieci sprowadzić. Teraz, już na korytarzach, opowiadają dzieci sobie, jak to przeżywały i jak to odbierały - podsumowała.
Z kolei w I Liceum Ogólnokształcącym zajęcia były kontynuowane bez zmian. - Dostaliśmy alerty i słyszeliśmy syreny, ale lekcja odbywała się normalnie. Pani dyrektor przekazała przez radiowęzeł, żeby zachować spokój, bo nic się nie dzieje, i poleciła kontynuować zajęcia - relacjonowała 16-letnia Lena, uczennica I LO. Jak dodała, w jej szkole uczniowie zachowali spokój, choć słyszała od znajomych, że w innych placówkach część osób bardziej się zestresowała.
Z redakcją Kontakt24 skontaktowała się z kolei pani Iza - mama z Przemyśla (Podkarpacie), która w chwili ogłoszenia alertu była w mieszkaniu z dwójką dzieci. Trzecie dziecko było wtedy w szkole. - Udaliśmy się wszyscy do jednego pokoju i czekaliśmy na dalsze komunikaty. Ze szkoły córki dostaliśmy informację, żeby się nie martwić, bo dzieci w szkole są poinformowane, jak mają się zachować - powiedziała.