Miał zawał, w nocy przez kilka minut dzwonił do drzwi szpitala. Nikt nie otworzył

Miał zawał (zdjęcie ilustracyjne)
Lublin. Miał zawał, w szpitalu mu nie otworzyli
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: Shutterstock
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
41-latek miał zawał. Próbował w nocy dostać się z żoną do całodobowej izby przyjęć szpitala przy ulicy Herberta w Lublinie. Przez pięć minut naciskał dzwonek przy drzwiach, nikt nie otworzył. Trafił do szpitala, bo żona zadzwoniła po karetkę. Prokuratura wszczęła śledztwo.

- Prokuratura wszczęła śledztwo w kierunku nieudzielenia przez personel medyczny pomocy pacjentowi w stanie zagrażającym życiu, za co grozi od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności - mówi nam prokurator Marcin Kozak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Dodaje, że zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa wpłynęło nie od pokrzywdzonego, ale od dyrekcji szpitala. - Trwają czynności wstępne polegające na przesłuchaniu w charakterze świadka pokrzywdzonego, zebranie dokumentacji medycznej i ustalenie czy szpital jest objęty monitoringiem. Na razie nikomu nie postawiono zarzutów – zaznacza prokurator.

Zaczęło go ściskać w klatce, pojechał z żoną do szpitala

Chodzi o sprawę, którą jako pierwszy opisał portal radiozet.pl. W nocy z 15 na 16 sierpnia do szpitala przy ul. Herbarta w Lublinie (to oddział Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego) przyjechał 41-latek ze swoją żoną. Mężczyzna w nocy źle się poczuł. Obudziły go dreszcze i niepokój, zaczęło go też ściskać w klatce piersiowej i nie mógł złapać oddechu. Małżeństwo zamierzało dzwonić na 112, ale stwierdziło, że samo szybciej dotrze do szpitala niż zrobiłaby to karetka.

Pojechali więc do wspomnianego szpitala przy ul. Herberta, gdzie znajduje się, czynna całą dobę, izba przyjęć. Byli tam kilka minut po godz. 3 w nocy. Na drzwiach znajdowała się tabliczka z napisem "Po 22 proszę dzwonić dzwonkiem". Dzwonili pięć minut, nikt nie otwierał.

Uratowano go w innym szpitalu

"Jarek na wpół skulony dzwonił. Ja zaglądałam przez drzwi, próbowałam znaleźć kogoś z personelu. W holu był półmrok. Liczyliśmy na to, że zaraz światło się zaświeci i ktoś do nas wyjdzie. Pielęgniarka, lekarz, może portier czy ochroniarz. Ktokolwiek, kto nam powie, co mamy robić" – opowiadała w rozmowie z portalem radiozet.pl żona mężczyzny.

Po pięciu minutach bezskutecznego dzwonienia kobieta wezwała pogotowie. Karetka przewiozła jej męża do, odległego o pięć kilometrów, szpitala MSWiA przy ul. Grenadierów. Tam okazało się, że mężczyzna ma ostry zawał. Przeszedł zabieg koronarografii. Od lekarzy usłyszał, że przeżył cudem, bo ratunek nadszedł w ostatniej chwili. Pan Jarosław po tygodniu opuścił szpital i powoli wraca do sił.

Pielęgniarki twierdzą, że nie słyszały

- Oprócz tego, że zawiadomiliśmy prokuraturę, przeprowadziliśmy szereg innych działań. Wszczęte zostało postępowanie dyscyplinarne wobec dwóch pielęgniarek, które miały wtedy dyżur - mówi, w rozmowie z tvn24.pl, dr n. med. Małgorzata Piasecka, zastępca dyrektora ds. lecznictwa WSS w Lublinie.

Informuje, że procedury są takie, że pielęgniarki słysząc dzwonek mają otworzyć drzwi i wezwać lekarza, który pełni akurat dyżur w szpitalu.

- Nie zrobiły tego. Powiedziały, że nie słyszały dzwonka. Nie przyjęliśmy tych wyjaśnień. Zdecydowanie nie akceptujemy takiego zachowania – zaznacza dr Piasecka.

Dzwonek był sprawny

Dodaje, że po przejrzeniu zapisów z monitoringów widać było, że przed drzwiami stały dwie osoby, a dzwonek - jak sprawdzono - był sprawny, więc dźwięk był słyszalny.

- Do czasu zakończenia się postępowania dyscyplinarnego, pielęgniarki zostały odsunięte od pracy w izbie przyjęć i nie mają już dyżurów nocnych. Przesunęliśmy je do innych oddziałów szpitala. Pracują pod nadzorem pielęgniarek oddziałowych - mówi nasza rozmówczyni.

Wcześniej to się nie zdarzało

Władze szpitala wszczęły też postępowanie, które ma sprawdzić, czy do takich przypadków nie dochodziło w przeszłości.

- Z postępowania tego wynika, że nigdy wcześniej do takich sytuacji nie dochodziło - zaznacza dr Piasecka.

NFZ czeka na wyjaśnienia

Dyrekcja szpitala dostała też prośbę o wyjaśnienia ze strony NFZ, z którym szpital ma podpisaną umowę.

"Otrzymaliśmy wstępne ustalenia ze szpitala, z których wynika, że zapis monitoringu potwierdził opisane zdarzenie. Szpital aktualnie jest w trakcie prowadzenia dalszych czynności wyjaśniających. Czekamy na ostateczne ustalenia ze szpitala. Po ich otrzymaniu podejmiemy stosowne decyzje" - napisała Małgorzata Bartoszek, rzeczniczka lubelskiego oddziału NFZ.

Źródło: tvn24.pl
Czytaj także: