"Z sieczkarni wystawała tylko zakrwawiona ręka". Tak ratują życie w śmigłowcu

TVN24

Towarzyszyliśmy zespołowi LPRTVN24 Łódź
wideo 2/2

Widzą więcej trudnych zgłoszeń niż koledzy w "tradycyjnej" karetce. - Jak jest "hardcore", na przykład nieudana reanimacja dziecka, to możemy zejść z dyżuru. Ale nikt z tego nie korzysta, trzeba jak najszybciej wrócić do rytmu. Inaczej człowiek zwariuje - mówią nam członkowie Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Spędziliśmy jeden dzień z nimi na dyżurze.

Alarm.

„Pacjentem jest dziecko” – mówi dyspozytor medyczny. Tomasz Józefowicz pracujący od 10 lat w Lotniczym Pogotowiu Ratowniczym nie lubi takich zgłoszeń. Sam ma czteroletnie dziecko.

- Trudno się do tego przyzwyczaić. Jesteśmy w końcu tylko ludźmi – opowiada.

Od momentu zgłoszenia do chwili, w której cały zespół HEMS (Śmigłowcowa Służba Ratownictwa Medycznego) znajdzie się w powietrzu, mogą minąć nie więcej niż trzy minuty, jeśli wezwanie jest do 60. kilometra od bazy. Śmigłowiec po kilkunastu minutach ląduje w niewielkiej miejscowości pod Białymstokiem.

Przed jedną z posesji stoi już karetka. Trwa reanimacja dziewczynki.

- Jechała z ojcem ciągnikiem. Spadła i straciła przytomność, ojciec ją przyniósł do domu – tłumaczą Józefowiczowi ratownicy medyczni.

Zespół LPR przejął reanimację.

- Okazało się, że dziewczynka pod ubraniami miała bardzo poważną ranę. Walczyliśmy o nią jeszcze godzinę. Ale bez skutku – mówi.

Po takiej „akcji” jest najtrudniej. Zespół LPR ma prawo poinformować przełożonych, że nie jest w stanie tak po prostu wrócić do bazy i wznowić dyżuru.

- Mało kto z tego korzysta. Lepiej od razu wejść w rytm. Żeby za dużo nie rozpamiętywać – tłumaczy nasz rozmówca.

Historie z dziećmi – jak mówi – zawsze zapadają w pamięć. Ta jednak wryła się mocniej niż inne.

- Ojciec, przy którym doszło do wypadku, tydzień później popełnił samobójstwo. Nie mógł sobie darować… Z czteroosobowej rodziny zostały tylko dwie – mówi.

Przed rozpoczęciem dyżuru śmigłowiec jest dokładnie sprawdzany
TVN24 Łódź

***

Każdy dyżur w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym to obrazy, które potrafią wstrząsnąć. Baza w Łodzi. Pierwsze tego dnia zgłoszenie: mężczyzna, ok. 50 lat. Przytomny. Mocno krwawi.

- Ciął drewno na krajzedze. Odciął sobie trzy palce - tłumaczy Marcin Młudziński. W Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym pracuje od 10 lat.

Michał Dworzyński, lekarz:

- We wszystkich bazach w Polsce rozlega się ten sam, niemożliwy do przegapienia dźwięk alarmowy. Po pewnym czasie jak go usłyszysz, to prawie bezwiednie stajesz na baczność - tłumaczy.

Chociaż to na nim będzie spoczywała największa odpowiedzialność, to o szczegółach wezwania dowiaduje się jako ostatni z trzyosobowej załogi - już w śmigłowcu.

- Wchodzę do hangaru. Steruję platformą, na której śmigłowiec wyjeżdża na zewnątrz - opowiada. Pilotem dyżurnym jest Dariusz Tatarowski.

- Jak pracowałem w wojsku, to na opracowanie szczegółów planu lotu miałem dwie godziny. Tu mam sekundy - mówi Darek.

- Łagów, gmina Łyszkowice - mówi ratownik medyczny. Pilot patrzy na prognozę pogody.

- Jeżeli warunki pogodowe mogą nam zagrozić, to moim obowiązkiem jest odwołanie misji. Biorę dziś na pokład trzy osoby. Nie mogę pozwolić, żeby zginęli przez brawurę - tłumaczy.

Przed startem. Śmigłowiec wyjeżdżą z hangaru na platformie
TVN24 Łódź

Aura jednak - jak wynika z mapy - nie będzie utrudniała misji. Darek szybkim krokiem wychodzi przed siedzibę lotniczego pogotowia. Po chwili słychać już rozkręcający się wirnik żółtego śmigłowca. Marcin przez kilka sekund sprawdza jeszcze, jak na zdjęciach satelitarnych wygląda okolica, do której lecą. Do śmigłowca wsiada jako ostatni.

Siedzi z przodu, po lewej stronie. Z prawej pilot, Darek. Z tyłu, plecami do kierunku lotu siedzi Michał - lekarz i ja. Przede mną są nosze dla pacjenta.

- Weź ze sobą kartę płatniczą. Jak będzie ostro, to będę musiał zostawić cię na miejscu, być może na odludziu - zapowiedział jeszcze przed misją Darek.

Lecimy. Do celu mamy 47 kilometrów. Zwykła karetka na dojazd potrzebowałaby niecałą godzinę.

Prędkość przelotowa Eurocoptera EC 135 to 235 kilometrów na godzinę. Efekt tego taki, że od momentu wezwania na miejscu jesteśmy już po kwadransie.

Okazuje się, że do rolnika spod Łyszkowic dotarli już ratownicy medyczni z pobliskiego szpitala.

Obandażowali rękę, odcięte palce włożyli do lodu. Im szybciej mężczyzna znajdzie się w szpitalu, tym większe będzie miał szanse na to, że uda się je przyszyć.

Darek wybiera polanę, na której wylądujemy.

- Razem z pilotem oceniam, czy to bezpieczne miejsce. Najbardziej nie lubimy linii energetycznych. Z góry ich nie widać, a dla nas są szalenie niebezpieczne - tłumaczy Marcin.

Siadamy. Żeby dobrze widzieć lądujący śmigłowiec, na drogę wychodzi cała wieś.

- To nasza zmora. Jak jest dużo ludzi, to do chorego idzie lekarz, a ja muszę stać przy śmigłowcu, żeby nikomu z gapiów nie stała się krzywda. Robić swoje mogę dopiero, jak rotor się zatrzyma - dodaje.

Nad miejscem dla pacjenta jest niewiele miejsca
TVN24 Łódź

***

Wyraźnie zszokowany, lekko siwy mężczyzna po kilku chwilach jest już na noszach w śmigłowcu. Obok niego wisi worek z trzema palcami.

- Podróż śmigłowcem to nie jest nic szczególnie komfortowego - tłumaczy mu Michał, lekarz. Mówi, że będzie głośno, więc w czasie lotu pacjent musi dać znać ręką, że coś jest nie tak.

- To worek, do którego proszę zwymiotować, jeżeli zrobi się panu niedobrze. Trafi pan do szpitala w Łodzi - mówi.

W słuchawkach, oprócz głosów członków załogi, słychać rozmowy pilotów małych samolotów. Bo to z nimi najczęściej śmigłowce LPR muszą dzielić się miejscem w powietrzu.

- Zazwyczaj latamy na wysokości około 200 metrów. To nie jest przestrzeń, w której poruszają się samoloty pasażerskie - tłumaczy Darek.

Lot do Łodzi trwa chwilę. Na dole czeka na nas już karetka, która przewiezie rannego mężczyznę na szpitalny oddział ratunkowy.

Potem załoga śmigłowca musi uzupełnić paliwo (maszyna wypaliła 150 litrów) i odtworzyć gotowość do akcji. Od pierwszego wezwania minęła godzina.

- Takich akcji w czasie dyżuru mamy kilka. W wakacje nie ma dnia, żebyśmy gdzieś nie lecieli - opowiada Michał.

***

W LPR nie lubią wakacji. Zbyt dużo spraw "rolniczych".

Zespół z Białegostoku leci do kolejnego zgłoszenia. Znowu dziecko.

- Pięciolatek z wbitymi w brzuch widłami. Nieszczęśliwy wypadek – tłumaczy Tomasz Józefowicz.

Mija kilka chwil, zespół jest na miejscu. Okazało się, że dziecko podczas zabawy przewróciło się tak nieszczęśliwie, że pręty przeszyły niemal cały tułów.

- Wyciągnięcie wideł mogłoby spowodować krwotok – tłumaczy Józefowicz.

Po chwili na miejscu są już strażacy. Przecinają trzonek tak, żeby chłopiec zmieścił się na noszach w śmigłowcu. Niedługo potem jest już w szpitalu.

Ratownik medyczny pomaga wybrać bezpieczne miejsce do lądowania
TVN24 Łódź

- Na szczęście był w stabilnym stanie. Najbardziej stresująco się robi, kiedy w powietrzu pacjent się „zatrzymuje” – opowiada.

Przed użyciem defibratora, trzeba zapytać pilota o zgodę.

- On leci i słyszy, jak walczymy o życie. Wie, że będą decydowały sekundy. Wszyscy siedzimy na bombie – opowiada Tomasz.

Na szczęście, przez te wszystkie lata tylko raz ktoś mu zmarł w powietrzu.

- Najczęściej jest tak, że nierokującego pacjenta po prostu nie bierze się na pokład. Zawozimy go do szpitala karetką, bo w powietrzu trudniej nam reagować – tłumaczy.

***

- Sporo się zmieniło. LPR powstało w 2000 roku. Na początku dyspozytorzy medyczni pogotowia ratunkowego jednak mieli wątpliwości, czy zgłoszenie jest wystarczająco poważne, żeby wzywać śmigłowiec. Teraz ju�� nie ma z tym problemu. Latamy i pomagamy - dodaje Darek.

W Polsce jest 21 baz LPR. W zeszłym roku wszystkie wykonały 9942 misje. Statystycznie śmigłowce były podrywane 27 razy dziennie.

- Prawda jest jednak taka, że w porównaniu do załóg w innych karetkach dużo częściej mamy do czynienia z poważnymi przypadkami - opowiada Marcin.

W dniu, w którym towarzyszę łódzkim ratownikom LPR zostaje wezwany do kilku bardzo poważnych zgłoszeń: trzeba było między innymi przetransportować ciężko rannego 23-latka, który ucierpiał podczas dachowania auta pod Oławą. Inna ekipa transportowała sześcioletnią dziewczynkę z bardzo skomplikowanym złamaniem uda.

- Zdarzało nam się już, że rodzic nie zgadzał się na transport śmigłowcem, bo na pokład nie możemy wziąć opiekuna. Nie pomagały nasze zapewnienia, że dziecko jest bezpieczne i otoczone najlepszą opieką. Że szybszy transport może wręcz uratować jego życie - opowiada Marcin.

Są też tacy, którzy po prostu boją się latać. Tak było w przypadku 34-latka pożądlonego przez osy. Miał obrzęk krtani i podpuchnięte oczy, nie mógł oddychać.

Kilka sekund po przyjęciu wezwania trzeba sprawdzić, jak wygląda okolica. I gdzie można wylądować.
TVN24 Łódź

Mężczyzna kosił trawę kosą spalinową. W pewnym momencie natrafił na gniazdo os ukryte wśród traw. Do pacjenta został wezwany LPR. Śmigłowiec usiadł wśród drzew. Zespół był na miejscu jako pierwszy.

Mężczyzna jednak widząc helikopter stwierdził kategorycznie, że odmawia hospitalizacji. Trzeba było czekać na tradycyjną karetkę.

***

Oprócz obrazów, ratownicy medyczni, lekarze i piloci muszą zmagać się z zapachami. Bardzo trudnymi do zniesienia.

- Lecieliśmy niedawno do pacjenta ze „stopą cukrzycową”. Beztlenowe bakterie gnilne pojawiły się na jego kończynach – opowiada Tomasz Józefowicz.

Mężczyzna był w stanie agonalnym. Dosłownie był zjadany żywcem.

- Nawet nie czuł bólu – mówi Józefowicz.

Na wyposażeniu śmigłowców są wkłady higieniczne, na których kładziony jest pacjent. Po akcji zespół LPR przeprowadza dezynfekcję.

- Zabijamy bakterie, więc nie ma żadnego zagrożenia dla kolejnych pacjentów. Tyle, że zapach we wnętrzu towarzyszy nam jeszcze przez wiele godzin – opowiada.

***

W Łodzi baza LPR mieści się na terenie lotniska. Plusy? Załoga ma zawsze do dyspozycji bardzo dokładne prognozy pogody. Minusy - przed każdym dyżurem muszą przejść przez kontrolę Straży Ochrony Lotniska - trzeba prześwietlić wszystko, co wnosi się na teren płyty lotniska.

Dyżur w Łodzi rozpoczyna się o 7 rano i trwa do 20.

- W pracy jesteśmy około szóstej. Trzeba przygotować śmigłowiec. Od pierwszych chwil dyżuru musimy być w gotowości - mówi Darek.

Wszyscy w LPR są ze sobą na "ty". Żeby było szybciej i wygodniej.

- Mamy mało czasu, więc konwenanse trzeba szybko pominąć - mówi Michał.

Największym pomieszczeniem w bazie LPR jest hangar, w którym stoi śmigłowiec. Stąd tylko kilka kroków do centrum dowodzenia.

Na biurkach stoją komputery - każdy ma dwa monitory. Na ścianie mapa - w jej środku baza, w której się znajdujemy. Za pomocą przyklejonego do środka sznurka można szybko odczytać, ile kilometrów po prostej jest do danej miejscowości.

Ten "analogowy" sposób obliczania odległości to bardziej ciekawostka, załoga po otrzymaniu zgłoszenia korzysta z systemu, który wskazuje kierunek lotu. Oprócz tego wyświetla się odległość do najbliższego lądowiska (przydatne podczas zadań nocnych), szpitala i innych baz LPR.

Oprócz pomieszczenia dyżurnego, jest też strefa wyczekiwania - przypomina schludne mieszkanie. W "salonie" dwie czerwone kanapy, duży telewizor i wieża stereo. Z boku urządzeń widać naklejki: "sprzęt prywatny".

- Spędzamy tu sporo czasu, dlatego robiliśmy zrzutki. Wiem, że w innych bazach jest też sprzęt finansowany przez firmę - mówi Marcin.

Obok salonu jest kuchnia. Tutaj zespół przygotowuje sobie śniadania, obiady i kolacje. W końcu w pracy są po 14 godzin.

- Najgorzej jest, jak zdążymy ugotować sobie obiad i po pierwszej łyżce zupy rozdzwoni sie alarm. No trudno, taka praca - mówi Michał.

Michał Dworzyński, lekarz. O tym, gdzie leci dowiaduje się już śmigłowcu
TVN24 Łódź

***

- To nie jest praca dla każdego - mówi Sławomir Lach, kierownik działu operacji lotniczych w LPR.

Opowiada, że szczególnie trudno jest znaleźć pilotów, którzy wytrzymują emocje właściwe dla lekarzy i ratowników medycznych.

- Latamy do katastrof lotniczych, pacjentów w dramatycznym stanie. Bardzo przeżyłem zgłoszenie pod Pajęcznem. W Warcie utopiło się wtedy czworo dzieci - wspomina Marcin.

Pilot musi posadzić maszynę tak, żeby ratownik medyczny i lekarz mogli pobiec do potrzebującego.

- Czasami pomaga nam straż pożarna, ale bywa i tak, że jesteśmy pierwsi na miejscu. Wtedy nie ma co myśleć o tym, że będziemy mieć pewność co do miejsca, gdzie siadamy - tłumaczy Darek.

Zdarzało mu się już zatrzymać maszynę w powietrzu - pół metra nad ziemią. Niżej nie mógł, bo ziemia była grząska, albo były powalone drzewa.

- Ekipa wyskakuje i biegnie ratować życie, a ja szukam miejsca bardziej docelowego - opowiada Darek.

Michał, lekarz:

- Jeżeli chodzi o ratowanie ludzi, to na świecie są dwie filozofie: load and go (przygotuj do transportu i jedź do szpitala) oraz stay and play (zostań i walcz o życie pacjenta na miejscu). U nas jest coś pośredniego - każdy przypadek wymaga odrębnego rozpatrzenia - tłumaczy.

Opowiada o rolniku, który remontował stodołę. Skończyło się tak, że fragment dachu zwalił mu się na głowę.

- Zapakowaliśmy go do śmigłowca. Był niewydolny oddechowo, więc trzeba go było wentylować - tłumaczy Marcin.

Do dróg oddechowych pacjenta trzeba było wepchnąć rurkę intubacyjną.

Michał:

- W śmigłowcu jest mało miejsca - mówi.

Dlatego do dyspozycji zespołu jest np. urządzenie przypominające pompę. Kładzie się je nad klatką piersiową i ono ją uciska.

- Może reanimować pacjenta bez zmęczenia - mówi Marcin.

Michał mówi, że wzorem dla polskiego ratownictwa powinni być ratownicy z Londynu.

- Zanim pacjent trafi do szpitala, często ma już przetoczoną krew. W niektórych wypadkach zespół potrafi wykonać operację kardiochirurgiczną, jeszcze na miejscu zdarzenia - tłumaczy.

W Polsce na razie to mrzonka. - Prawo w Polsce zabrania nawet przetaczania krwi, a to często jest niezbędne do tego, żeby przedłużyć naszą walkę o życie. W naszym kraju przetaczanie jest możliwe tylko w szpitalach - opowiada.

A walczyć warto do końca.

- Pamiętam 28-latka, który brał udział w biegu ulicznym dla osób po przeszczepach. Na trasie zemdlał. Okazało się, że dziesięć lat temu miał przeszczep serca - mówi Marcin.

Tętno nagle ustało.

- Rozpoczęliśmy uciskanie klatki piersiowej. Widziałem, że w jego trakcie mi "wraca". Jasnym dla mnie było, że nowe serce "padło" - opowiada.

Zadzwonił do szpitala, w którym na 28-latka czekało już ECMO - czyli urządzenie, które zastępuje serce i zamiast niego pompuje krew.

- Zanim chłopak trafił do szpitala usłyszałem on kolegów ze służby, że on już nie żyje. Że niepotrzebnie się "spinam", bo reanimacja trwała ponad 40 minut i pacjent nie „startował” - mówi.

Ostatecznie jednak okazało się, że Marcin miał rację. Stan mężczyzny udało się ustabilizować. Przez 10 dni czekał na kolejny przeszczep.

- Niestety, nie doczekał się. Ale najważniejsza jest myśl, że zrobiliśmy wszystko, żeby go uratować. A o to w tym wszystkim chodzi. Prędkość i determinacja ratuje życia - kończy.

Determinację mają. Prędkość zapewnia śmigłowiec.

Autor: Bartosz Żurawicz / Źródło: TVN24 Łódź