Piotrek umierał, ale nikt go nie ratował. Lekarka i ratownik myśleli, że jest pijany

TVN24

Dziewiętnastoletni Piotrek zmarł po pobiciuTVN 24 Łódź
wideo 2/2

Dziewiętnastoletni Piotrek po pobiciu miał pękniętą podstawę czaszki. Zamiast do szpitala trafił jednak na komendę policji. Ratownicy medyczni i lekarka ze szpitala w Płocku stwierdzili bowiem, że chłopakowi nic nie jest. Piotrek zmarł, a badające go osoby właśnie usłyszały zarzuty.

Piotrek zmarł 22 czerwca 2017 roku. Przyczyna zgonu? Rozległy uraz czaszkowo-mózgowy. U dziewiętnastolatka stwierdzono złamanie kości czaszki i obrzęk mózgu. Obrażeń doznał po tym, jak został zaatakowany przez grupę agresywnych mężczyzn. Dostał cios, a po nim upadł i uderzył głową o beton.

Po blisko dwóch latach od tej tragedii prokuratorzy badający sprawę jego śmierci wiedzą, że walkę o jego życie trzeba było rozpocząć natychmiast. Ale po pobiciu zamiast na szpitalny oddział, chłopak trafił do policyjnej celi. Bo ratownicy medyczni i lekarka badająca Piotra błędnie uznali, że był pijany.

- Nieprawidłowości stwierdzone w działaniu służb medycznych uzasadniają przedstawienie dwóm osobom zarzutów polegających na narażeniu poszkodowanego na bezpośrednie ryzyko utraty życia - mówi Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.

Dodaje, że status podejrzanej ma lekarka płockiego pogotowia oraz ratownik medyczny kierujący pracą zespołu karetki wezwanej do Piotra. Grozi im do pięciu lat więzienia.

"On nie jest pijany"

Dwa lata temu Piotr wraz z dwoma koleżankami świętował najkrótszą noc w roku. Siedzieli na Wzgórzu Tumskim - bardzo popularnym miejscu w Płocku.

Na schodach nad nimi siedziała inna grupa. Wśród nich był 27-letni dziś Damian K. Mężczyzna zaczął kłócić się z Piotrkiem. Wtedy miał go uderzyć. 19-latek upadł, głową uderzył o beton. Znajome Piotrka zaczęły uciekać. Wezwały policję.

Funkcjonariusze przyjechali na miejsce zdarzenia i znaleźli Piotrka siedzącego na schodach, miał zakrwawiony nos. Niedługo potem na miejscu byli też ratownicy medyczni.

- Ratownicy określili jednak stan pokrzywdzonego jako bardzo dobry, stwierdzając, że jest on po spożyciu alkoholu, i przekazując go patrolowi policji - opowiada Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.

Wtedy funkcjonariusze zdecydowali, że coś trzeba zrobić z - jak się wtedy wydawało - wyraźnie nietrzeźwym chłopakiem, który jest daleko od domu. Wymyślili, że zamkną go w pomieszczeniu dla zatrzymanych, chociaż formalnie Piotrek zatrzymany nie był.

Cela zamiast sali operacyjnej

Po drodze do celi policjanci chcieli się upewnić, że dziewiętnastolatkowi nic nie jest.

- Trafił na SOR w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Płocku, tam został dodatkowo przebadany przez lekarza - mówi Krzysztof Kopania.

W szpitalu były koleżanki chłopaka, które - jak opowiadały przed kamerą "Uwagi TVN" - zszokowane były stanem Piotrka.

- Głowę miał zwieszoną, powłóczył nogami, był półprzytomny. Mówiliśmy, że on wypił jedno piwo i nie jest pijany. Ale nikt nas nie chciał słuchać - podkreślała jedna z nich.

Prokuratorzy potwierdzają, że lekarka wydała pisemne zaświadczenie stwierdzające, że nie ma przeciwwskazań, aby Piotrek trafił na komendę. Podjęła taką decyzję, chociaż 19-latek nie był w stanie się nawet podpisać.

Po powrocie na policyjny "dołek" funkcjonariusze usiłowali przebadać trzeźwość chłopaka. Ale stan Piotrka był już na tyle zły, że nie mógł dmuchnąć w alkomat. Mimo to łodzianin trafił do celi. Blisko pięć godzin po pobiciu policjanci wezwali karetkę, bo z Piotrkiem już nie było kontaktu.

Dziewiętnastolatek trafił w końcu na OIOM. Zmarł dzień później.

Stracona ostatnia szansa

Pierwotnie sprawą zajmowali się śledczy z Płocka, ale ostatecznie trafiła ona do Łodzi, bo jednym z wątków jest prawidłowość działania płockiej policji.

- Materiał dowodowy w tej sprawie tworzy między innymi opinia biegłych Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy zajmowali się oceną działań personelu medycznego - wyjaśnia Krzysztof Kopania.

Biegli uznali, że stan Piotrka był na tyle poważny, że szybsze działanie personelu nie gwarantowało możliwości uratowania jego życia. Jasnym jednak dla biegłych jest to, że doszło do bardzo poważnych zaniedbań.

- Nie mogę się z tym pogodzić. Ludzie badający moje dziecko byli tak pewni swego, że zabrali mu ostatnią szansę na przeżycie - płacze w rozmowie z TVN24 matka chłopaka.

Prokuratura informuje, że w najbliższym czasie zarzuty mogą usłyszeć też inne osoby. Dla dobra śledztwa nie podaje jednak szczegółów.

- W najbliższym czasie będą podejmowane dalsze decyzje w sprawie, w tym co do ewentualnej odpowiedzialności innych osób - mówi Kopania.

Trzy lata za śmiertelny cios

Pod koniec grudnia ubiegłego roku sąd w Płocku skazał Damiana K. To on zadał cios, po którym Piotrek upadł na beton. Mężczyzna był oskarżony o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, który doprowadził do śmierci dziewiętnastolatka.

Ostatecznie sąd zmienił kwalifikację czynu i skazał go za nieumyślne spowodowanie śmierci i wymierzył mu karę trzech lat pozbawienia wolności. Wyrok nie jest prawomocny.

K. był wcześniej karany m.in. za pobicie, kradzież i wywieranie przemocą wpływu na świadka. W czasie procesu nie przyznawał się do winy.

Autor: Bartosz Żurawicz/gp/ral / Źródło: TVN24 Łódź