Miał skasowany bilet, dostał mandat. "Ofiara kanarów" czy "zwykły cwaniak"?

Łódź

Pan Radosław ma zapłacić 270 złotychTVN24 Łódź
wideo 2/2

- Miałem bilet w czasie kontroli, to chyba jestem w porządku? - pyta Radosław spod Łodzi. - Nie - odpowiada przewoźnik. Bo, jak twierdzi, do skasowania biletu miało dojść już w czasie kontroli. Dlatego też pasażer ma zapłacić 270 złotych kary.

Wersja pasażera:

Pan Radosław mieszka pod Łodzią. Koło swojego podwórka ma przystanek łódzkiego autobusu miejskiego linii 91.

- Wsiadłem, skasowałem bilet. Nagle pojawili się kontrolerzy i chcą mnie sprawdzać - opowiada. Twierdzi, że kontrolerzy biletu nie przyjęli, bo - według ich wersji - podszedł do kasownika już po rozpoczęciu kontroli.

- Wkurzyłem się strasznie. Ja mam obowiązek posiadać bilet i tyle. Nie muszę rozglądać się, czy może szanowni kontrolerzy zaczęli pracować, czy też nie - argumentuje.

Na dowód pokazuje nam bilet ze skasowaną godziną - 8:51. MPK twierdzi, że kontrola rozpoczęła się minutę wcześniej.

- Pani kontrolerka zażądała dokumentów. A przecież nie może tego robić, skoro mam bilet - podkreśla. Pracownicy MPK wezwali policję. Pan Radosław wylegitymował się dopiero funkcjonariuszom, ale - jak opowiada - poprosił ich, aby nie przekazywali jego danych kontrolerom.

Pan Radosław stwierdził, że tylko nagranie z monitoringu pozwoli na wyjaśnienie sytuacji. Dowiedział się, że w tym autobusie kamer nie ma.

- Pracownicy MPK świetnie o tym wiedzieli. Dochodzi więc do sytuacji, że mamy słowo przeciwko słowu. Pytanie tylko, czemu ktoś ma udowadniać swoją niewinność. System prawny u nas jest odwrotny, trzeba oskarżanemu udowodnić winę - podkreśla.

Pan Radosław dostał wezwanie do zapłaty 270 złotych. Na wniosku nie ma żadnych danych.

- Przewoźnik podkreśla, że jeżeli zapłacę w pierwszym tygodniu, to będę musiał uiścić 120 złotych mandatu. Ale przecież na tym druku nie ma moich danych! Paranoja jakaś!

Wersja przewoźnika:

Sebastian Grochala, rzecznik Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Łodzi, opowiada, że pan Radosław jest dobrze znany pracownikom przewoźnika.

- Zdarzało mu się już wcześniej unikać płacenia za przejazd. Jedna z jego spraw wciąż toczy się przed sądem - opowiada.

Zdaniem Grochali, najnowsza historia z pasażerem też nie może budzić żadnych wątpliwości.

- Otrzymaliśmy już jego dane od policjantów. Niedługo otrzyma imienne wezwanie do zapłaty - mówi rzecznik.

Skąd jednak pewność, że kontrolerzy faktycznie najpierw zaczęli sprawdzać, a dopiero potem pasażer skasował bilet?

- Fakt, że w pojeździe nie ma kamer. Nie są one jednak niezbędne. Każde skasowanie biletu, z dokładnością do sekundy, rejestrowane jest w autokomputerze pojazdu - tłumaczy Grochala.

Opowiada, że z zabezpieczonych danych jednoznacznie wynika, że kontrolerzy najpierw skasowali bilety kontrolne oznaczające początek kontroli, a dopiero potem w kasowniku znalazł się bilet pana Radosława.

Do sądu?

Pan Radosław nie jest przekonany argumentacją MPK.

- A skąd pewność, że kontrolerzy świadomie nie zastawili na mnie pułapki? Mogli przecież skasować bilet, zanim w ogóle wszedłem do środka. Nie zdziwiłbym się, bo faktycznie pracownicy MPK mają mi za złe, że wytykam ich niekompetencję - argumentuje.

- To zwykły cwaniak, który myśli, że jest mądrzejszy od systemu - atakują nieoficjalnie pracownicy MPK.

Rzecznik przewoźnika - zamiast epitetów - ma argumenty.

- Pasażer musi zaraz po wejściu skasować bilet. A pasażer sam się przyznał, że do kasownika podszedł między pierwszym a drugim przystankiem - ucina Grochala.

Pan Radosław zapowiada, że sprawa trafi do sądu. Obie strony są pewne swego.

Autor: bż/mś / Źródło: TVN24 Łódź

Źródło zdjęcia głównego: TVN24 Łódź