Pociąg wypadł z torów, dwie osoby zginęły. Maszynista prawomocnie skazany

Łódź

tvn24Prawomocny wyrok za katastrofę w Babach pod Piotrkowem

Nie zatrzymał się, a powinien. Jechał za szybko i spowodował katastrofę kolejową w Babach pod Piotrkowem (woj. łódzkie). Zginęły w niej dwie osoby, a 162 były ranne. Łódzki sąd apelacyjny podtrzymał wyrok skazujący dla maszynisty Tomasza G. Mężczyzna trafi do więzienia na trzy lata i trzy miesiące. Wyrok jest prawomocny.

Tomasz G. został po raz pierwszy skazany w październiku minionego roku. W czwartek łódzki sąd apelacyjny utrzymał wcześniejszy wyrok: trzy lata i trzy miesiące bezwzględnego więzienia.

- Wszystkie zebrane dowody i zeznania świadków w tej sprawie były na tyle wystarczające, żeby podtrzymać wyrok - tłumaczyła sędzia Krystyna Mielczarek z sądu apelacyjnego w Łodzi, która podkreśliła, że w pełni zgadza się z zeszłoroczną decyzją sądu niższej instancji.

Skazany mężczyzna będzie musiał też zapłacić 20 tys. złotych kosztów sądowych. Sąd orzekł ponadto wobec maszynisty 4-letni zakaz prowadzenia pojazdów w ruchu kolejowym.

- Nie zgadzamy się z tą decyzją sądu. Ostatnią naszą opcją jest wystąpienie o kasację i skorzystamy z niej - zapowiedział mec. Michał Kraiński, obrońca skazanego maszynisty.

"Odpowiada za tragedię"

Już podczas uzasadniania wyroku pierwszej instancji sąd argumentował, że winą za tragedię sprzed trzech lat można obarczyć tylko maszynistę. W ocenie sądu argumentacja obrońców, która poddawała pod wątpliwość sprawność infrastruktury kolejowej, nie znalazła uzasadnienia w zgromadzonym materiale dowodowym.

Sędzia zaznaczył, że infrastruktura kolejowa w pobliżu miejsca katastrofy działała bez zarzutu.

- Jeżeli maszynista nie zauważył wyświetlanej sygnalizacji, to miał obowiązek zatrzymać pociąg. Stało się jednak inaczej - mówił sędzia.

I dodał, że inne przejeżdżające tego dnia pociągi stosowały się do sygnalizacji. Jak podkreślał sędzia, żaden ze świadków nie informował o tym, żeby na semaforze podawane były błędne komunikaty.

Katastrofa pod Piotrkowem

Do wypadku pociągu relacji Warszawa Wschodnia-Katowice doszło w sierpniu 2011 r. Niedaleko miejscowości Baby wykoleiły się lokomotywa i cztery wagony; lokomotywa uderzyła w nasyp, a jeden z wagonów wypadł z torów i się przewrócił. Na miejscu zginęła jedna osoba. Kilka tygodni później w szpitalu zmarła kolejna. 162 pasażerów zostało poszkodowanych.

Według śledczych przyczyną wypadku była nadmierna prędkość, z którą pociąg wjechał na rozjazd. Tuż przed tym, jak z torów wykoleiły się lokomotywa i cztery inne wagony, pociąg pędził z prędkością 113 km/h. Biegli orzekli, że w miejscu tragedii pociąg mógł jechać maksymalnie 40 km/h.

Z ustaleń śledztwa i Państwowej Komisji Badań Wypadków Kolejowych wynika m.in., że maszynista w trakcie jazdy prowadził rozmowy telefoniczne oraz kierował pociągiem, nie mając założonych okularów korekcyjnych, których noszenie nakazał mu lekarz. Był też zmęczony.

Maszynista: semafor nie alarmował

Skazany maszynista podczas śledztwa i procesu nie przyznawał się do winy. Podkreślał, że wskazania semafora nie informowały o ograniczeniach, więc - według jego wersji - przez Baby mógł jechać z maksymalną prędkością.

- Od trzech lat żyjemy z żoną w ciągłym stresie. Zawsze byłem dobrym pracownikiem i nie odpowiadam za to, co się stało w Babach - mówił w zeszłym roku na rozprawie Tomasz G.

Dziś mężczyzna nie chciał komentować sprawy - ani przed, ani po ogłoszeniu decyzji sądu.

Jego stronę od momentu wypadku trzymają związki zawodowe.

- Maszynista nie jest winny. Za wypadek odpowiada infrastruktura kolejowa, która od lat jest zdewastowana - komentował w środę Stanisław Centkowski, przedstawiciel Związku Zawodowego Maszynistów.

Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem związanym z Waszym regionem - czekamy na Wasze sygnały/materiały. Piszcie na Kontakt24@tvn.pl.

Autor: bż / Źródło: TVN24 Łódź

Źródło zdjęcia głównego: TVN24 Łódź