O wydaniu postanowienia o przedstawieniu zarzutów wobec członków zespołu ratownictwa medycznego z pogotowia w Legnicy poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi prokurator Paweł Jasiak.
- Zarzuty dotyczą tego, że w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, w jakim znalazł się Bartosz S., narażono go na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Ratownicy medyczni poprzestali na ocenie stanu zdrowia i parametrów życiowych pokrzywdzonego wyłącznie na podstawie niewystarczających danych. Po przełożeniu go na nosze i przeniesieniu do ambulansu nie potwierdzili zatrzymania krążenia przy użyciu odpowiedniego sprzętu. Zadecydowali o odstąpieniu od czynności ratunkowych i nie rozpoczęli resuscytacji - wyjaśnił Jasiak.
W śledztwie ustalono, że śmierć mężczyzny nastąpiła dopiero po przetransportowaniu go do szpitala.
Jeden ratownik już przesłuchanyJak podał prokurator Jasiak, jeden z podejrzanych został już przesłuchany. Nie przyznał się do przedstawionego zarzutu i odmówił składania wyjaśnień. Drugi z ratowników nie został przesłuchany, a wykonanie z nim czynności będzie wymagało działań w drodze pomocy prawnej.
- W toku śledztwa rozważany jest też wątek funkcjonariuszy policji, jednakże w tym zakresie nie zapadły jeszcze decyzje - zaznaczył rzecznik łódzkiej prokuratury.
Jeszcze w 2021 roku łódzka prokuratura opublikowała opinię biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, którzy zbadali materiał pobrany ze zwłok zmarłego. Badanie wykazało obecność metamfetaminy i amfetaminy w stężeniach toksycznych. Zdaniem biegłych mogły one spowodować zaburzenia rytmu serca - również takie, które prowadzą do zaburzenia krążenia i zgonu. Ponadto w materiale stwierdzono obecność wielu leków psychotropowych
Śmierć Bartosza z Lubina. Nagrania z interwencji
34-letni Bartosz Sokołowski z Lubina zmarł w sierpniu 2021 roku. O tej sprawie wielokrotnie pisaliśmy na tvn24.pl. Mężczyzna stracił życie po policyjnej interwencji, której przebieg nagrali mieszkańcy sąsiedniego bloku, a film trafił do sieci. Początkowo śledztwo w sprawie tragedii wszczęła prokuratura w Lubinie, potem jednak - dla zapewnienia transparentności - zostało ono przeniesione do Łodzi.
CZYTAJ TEŻ: Zmarł po policyjnej interwencji. Wyniki zagranicznej sekcji zwłok 34-latka z Lubina
Bartosz Sokołowski, jak przyznali jego rodzice, był uzależniony od narkotyków. 6 sierpnia 2021 roku nad ranem pojawił się przed blokiem, w którym mieszkał i rzucał kamykami w okno, żeby ktoś otworzył mu drzwi. Matka wezwała policję. Na miejscu pojawili się funkcjonariusze. Mieszkańcy sąsiedniego bloku nagrali przebieg policyjnej interwencji. Film trafił do sieci. Widać na nim, jak przez kilka minut policjanci próbowali obezwładnić mężczyznę, który leżał na ziemi. 34-latek krzyczał i próbował się wyrwać. We czwórkę pochylili się nad leżącym, próbowali go obezwładnić. Po chwili przenieśli mężczyznę do radiowozu, jednak nie udało im się go tam umieścić. Bartosz leżał na ulicy, przy radiowozie.
W pewnym momencie przestał krzyczeć i wyrywać się. Prawdopodobnie stracił przytomność. Na filmie widać, jak jeden z funkcjonariuszy próbował cucić 34-latka klepnięciem w twarz. Policja twierdziła, że funkcjonariusze wezwali karetkę i przekazali ratownikom mężczyznę, który miał zachowane funkcje życiowe.
Dziennikarze Onetu dotarli do zapisów rozmów załogi karetki, która 6 sierpnia została wezwana do pomocy mężczyźnie.
Pierwsze nagranie zostało zarejestrowane, jeszcze zanim karetka dotarła przed blok, gdzie mężczyznę próbowali zatrzymać policjanci. Podczas rozmowy z dyżurnym komendy w Lubinie ratownicy dowiadują się, że "pacjent odpłynął, ale znowu krzyczy, więc chyba oprzytomniał". Zespół karetki w pewnym momencie słyszy głos policjanta dopytującego, gdzie jest karetka.
Z drugiego nagrania wynika, że ratownicy nie próbowali ratować 34-latka, bo w momencie ich przyjazdu mężczyzna już nie żył. Ratowniczka mówiła do dyspozytorki, że "mamy w karetce zgon".
- Pojechaliśmy tam, na miejsce tej interwencji, i tam się okazało, że pacjent nie żyje. Wzięliśmy go do karetki, tam do przebadania - przekazała dyspozytorce, która wyraźnie zdziwiona dopytywała, dlaczego zespół karetki zdecydował się zabrać nieżyjącego pacjenta.
Ratowniczka odpowiedziała, że mężczyzna był w kajdankach i "trzeba było go wziąć, żeby wszystkie tam parametry, bo na tym deszczu na ulicy nie mieliśmy, co badać". Z kolejnych nagrań wynika, że zespół karetki zastanawiał się, kto i kiedy będzie mógł stwierdzić zgon mężczyzny. Ratowniczka w rozmowie z kolejną dyspozytorką relacjonowała, że karetka podjechała pod Szpitalny Oddział Ratunkowy, żeby lekarz dyżurny stwierdził zgon. Zaznaczyła jednak, że w szpitalu im odmówiono.
Autorka/Autor: pk/tam
Źródło: PAP, tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Marlena Najman