Ranny wyszedł z auta, przeszedł 20 kilometrów. Policjant ma być wyrzucony ze służby

Łódź

Auto, którym jechał 39-letni policjantTVN24 Łódź
wideo 2/2

Uderzył w auto, którego kierowca wyjechał z podporządkowanej drogi. Ranny i - według świadków - wyraźnie oszołomiony policjant z wieluńskiej komendy (woj. łódzkie) przeszedł 20 kilometrów wzdłuż drogi, zanim znaleźli go przypadkowi przechodnie. On sam, jak twierdził w prokuraturze, z tragicznego dnia niewiele pamięta. Jego przełożony chce go wyrzucić z policji "ze względu na ważny interes służby".

O tragedii, do której doszło w 1 września w miejscowości Kamionka pod Wieluniem, informowaliśmy na tvn24.pl wielokrotnie. Ciemne audi, w którym podróżował 39-letni funkcjonariusz prewencji z Wielunia, jechało drogą z pierwszeństwem. Z prokuratorskich ustaleń wynika, że z podporządkowanej drogi wyjechał mu zielony matiz, w którym jechał 55-letni mężczyzna i jego 79-letnia matka. Oboje zginęli.

Po wypadku policjant odszedł z miejsca wypadku. Po przejściu 20 kilometrów wzdłuż drogi upadł; przypadkowi przechodnie znaleźli go blisko 10 godzin po wypadku. Miał obrażenia głowy i klatki piersiowej. Badanie wykazało, że jest trzeźwy.

Jak się dowiedzieliśmy, policjant ma zostać wyrzucony z policji. Wniosek o wszczęcie postępowania administracyjnego w sprawie zwolnienia 39-latka ze służby wysłał jego bezpośredni przełożony, komendant Komendy Powiatowej Policji w Wieluniu.

- Wniosek został przekazany do Komendanta Wojewódzkiego Policji w Łodzi. Postępowanie jest w toku - potwierdza młodszy inspektor Joanna Kącka z łódzkiej policji.

Dodaje, że podstawą do wszczęcia postępowania była ustawa o policji z dnia 6 kwietnia 1990 roku. A konkretnie art. 41, ust. 2 pkt. 5, mówiący o tym, że funkcjonariusza można zwolnić, jeżeli "wymaga tego ważny interes służby".

Co po wypadku?

Joanna Kącka nie chce precyzować, o jaki interes służby chodzi. Od naszych informatorów zbliżonych do sprawy dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że zachowanie policjanta po wypadku budzi duże wątpliwości przełożonych.

- Materiały prokuratorskiego postępowania, z którymi zapoznana została policja wskazują, że mogło dojść do przestępstwa polegającego na nieudzieleniu pomocy - mówią nasi rozmówcy.

Decyzję o wyrzuceniu ze służby podejmuje komendant wojewódzki. Ustawa nakazuje mu wcześniejszą konsultację ze związkami zawodowymi. Ale nie jest ona dla niego w żaden sposób wiążąca.

- Nie zgadzamy się na zwolnienie funkcjonariusza. Nie może być tak, że policjanta profilaktycznie wyrzuca się ze służby i nie daje mu się prawa do obrony – mówi tvn24.pl Krzysztof Balcer, szef NSZZ Policjantów woj. łódzkiego.

Balcer podkreśla, że dotąd na 39-letniego policjanta nie było żadnych skarg. Tragicznego dnia wracał ze służby.

- Policjant też jest człowiekiem. I tak jak każdy człowiek, ma prawo odnieść obrażenia w wypadku; też może być w szoku – podkreśla.

Zawieszony

Równolegle względem 39-letniego policjanta trwa też inne, wewnętrzne postępowanie - dyscyplinarne.

- Zostało wszczęte z uwagi na podejrzenie naruszenia zasad etyki zawodowej - mówi młodszy inspektor Joanna Kącka.

I tutaj jednak, ze względu na dobro sprawy, rzeczniczka komendy wojewódzkiej nie chce podawać szczegółów. Mówi jedynie, że postępowanie dyscyplinarne zostało zawieszone do czasu zakończenia działań śledczych.

- Ustalenia prokuratorskie będą w tej sprawie kluczowe - podkreśla Joanna Kącka.

Wieluński funkcjonariusz jest obecnie zawieszony w obowiązkach policjanta, odbiera połowę wynagrodzenia.

Tuż po wypadku został przetransportowany do szpitala. Po tym, jak wyszedł do domu, prokuratorzy przesłuchali go w charakterze świadka.

- Pamięć świadka obejmuje jedynie szczątkowe, fragmentaryczne elementy zdarzenia - mówi tvn24.pl Jolanta Szkilnik z sieradzkiej prokuratury okręgowej.

Nie precyzuje, co dokładnie pamięta policjant. Prokuratorzy nie chcą też mówić, co zawiera dokumentacja z zakresu badania stanu technicznego pojazdów biorących udział w wypadku. Szkilnik mówi jedynie, że prokuratura czeka na opinię biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków komunikacyjnych.

Na oczach całej wsi

Do tragedii doszło 1 września około 11, kiedy mieszkańcy wracali do domów po zakończonej mszy w okolicznej kaplicy.

55-letni Henryk miał do domu dokładnie 800 metrów, ale przyjechał samochodem, bo był ze schorowaną 79-letnią matką. Oboje wsiedli do zielonego matiza. Zginęli kilkadziesiąt sekund później, na skrzyżowaniu z drogą krajową nr 43. Policjanci badający sprawę ustalili, że matiz wyjechał wprost pod koła audi, które jechało na drodze z pierwszeństwem.

- My przez to skrzyżowanie przejechaliśmy kilkanaście sekund wcześniej. Zaparkowałem na podwórku i wysiadłem z auta. Usłyszałem potężny huk - mówi Henryk Rosiak, mieszkający na rogu "krajówki" i ulicy, przy której stoją domy. Po chwili był drugi huk. Przez drewniane ogrodzenie domu przebiło się ciemne audi.

- Zatrzymało się może dwa i pół metra ode mnie. Za kierownicą siedział mężczyzna, który szybko wysiadł z auta - opowiada rozmówca tvn24.pl. To był - jak się później okazało - 39-letni funkcjonariusz prewencji z komendy policji w Wieluniu.

- Miał zakrwawioną twarz, ale powtarzał, że nic mu nie jest. Ja mu na to, żeby usiadł, bo może mieć obrażenia wewnętrzne. Był wyraźnie pobudzony, ale nie czułem od niego alkoholu - opowiada Henryk Rosiak, który pobiegł do domu po telefon. Jak wyszedł, to rannego mężczyzny już nie było. Wszyscy miejscowi skupiali się na zielonym matizie, z którego wyciągnięto nieżyjącego już 55-letniego sąsiada. W aucie zakleszczona była 79-letnia matka. Kobieta zmarła w drodze do szpitala.

W wypadku zginęły dwie osoby TVN24 Łódź

Co w tym czasie działo się z policjantem?

Wiadomo, że musiał się minąć z wieloma osobami, które biegły nieść pomoc. - Moja wnuczka go widziała. Coś do niej mówił o wypadku, ale ona nic nie zrozumiała. Nie to, że bełkotał. Po prostu nie miało to sensu - opowiada nam jedna z mieszkanek Kamionki.

Potem - jak mówi nasza rozmówczyni - skupiła się na innych poszkodowanych. Policjant odszedł - nie niepokojony przez nikogo. Ruszył wzdłuż drogi - na południe. A od strony Wielunia - na północ od Kamionki - jechały radiowozy, karetki i wozy strażackie. Policjant przeszedł 20 kilometrów i upadł. Został znaleziony przez przypadkowe osoby obok drogi, kiedy było już ciemno.

Autor: Bartosz Żurawicz/i / Źródło: TVN24 Łódź

Źródło zdjęcia głównego: Policja w Wieluniu