"Dom otwarty, garaże też". Stracił samochody warte fortunę. Tak kradnie złodziejska elita

TVN24

Tak kradną auta warte fortunęTVN24 Łódź
wideo 2/3

- Aston martin? Jakieś 500 tys. złotych. Rollce royce to około 1,2 miliona - wylicza Tadeusz Pacyna z Łodzi. Okradli go złodzieje-widmo. Do dziś nieuchwytni. - Tak kradnie złodziejska elita - mówią tvn24.pl policjanci.

Przedmieścia na łódzkim Widzewie. Wśród wielu pięknych posesji wyróżnia się ta, która ostatnio stała się celem przestępców. - Byliśmy w Stanach Zjednoczonych. Kiedy wróciliśmy, zobaczyliśmy dom otwarty na oścież. Podobnie zresztą jak garaże - opowiada Tadeusz Pacyna, przedsiębiorca i miłośnik drogich aut. Bo wartych łącznie 1,7 miliona złotych pojazdach nie było śladu.

- W domu nie było kluczyków. Brama też została otwarta za pomocą oryginalnego pilota - opowiada.

O tym, że ma do czynienia z profesjonalistami przekonał się, kiedy zadzwonił do swojej firmy.

- Tam trzymałem klucze zapasowe do aut. Okazało się, że one też zniknęły - mówi.

Sprawa była bardzo poważna - skradzione pojazdy nie miały polisy AC. - Wie pan, za samego "roysa" musiałbym płacić 30 tysięcy rocznie. O astona nawet nie pytałem- przyznaje w romowie z nami łodzianin. I ryzykuje tezę: Przecież ostatnio kradzieże aut w Polsce przestały być takim problemem.

Na "wietrzeniu"

- Policyjni technicy przyjechali na miejsce, ale szybko powiedzieli, że nie mają nic do roboty. Wszystko wskazywało bowiem na to, że auta otwarto oryginalnymi kluczykami. Tłumaczyli, że nie znajdą żadnych śladów - mówi Pacyna.

Niedługo potem był już na komendzie. Od kradzieży nie minęły trzy godziny, kiedy funkcjonariusze dostali bezcenną informację. Zarówno rollce royce, jak i aston martin stały na niestrzeżonym parkingu w Konstantynowie Łódzkim. Były nieuszkodzone. Nie stały pod plandeką. Każdy mógł je zobaczyć. Wokół pojazdów nie było nikogo.

Absurd?

Nie dla policjantów, którzy zajmują się kradzieżami.

- To było tak zwane wietrzenie. Auta pozostawiono w miejscu neutralnym. Grupy zabezpieczają się tak przed skomplikowanymi systemami namierzającymi samochody - opowiada nam jeden z funkcjonariuszy. Musi pozostać anonimowy.

Jeżeli w ciągu kilku dni nikt nie pojawi się w pobliżu skradzionego auta - dopiero wtedy trafia do "dziupli".

- Byłem tym wszystkim zaskoczony. Cudownie, że tak szybko namierzono samochody - przyznaje Pacyna.

Do teraz jednak auta są na policyjnym parkingu. Powód? Prozaiczny.

- Nie mam jak otworzyć tych samochodów. Ekspert ściągnięty przez policję sobie z tym nie poradził. Dlatego czekam na nowe kluczyki od producenta - opowiada.

"Obczajka"

Przedsiębiorca podejrzewa, że za kradzieżą mógł stać jeden z jego pracowników. Z pewnością była to osoba, która wiedziała, gdzie trzyma kluczyki - również te rezerwowe. Złodzieje musieli też mieć dostęp do kluczy domowych. Orientowali się też, kiedy będą mieli wystarczająco dużo czasu na "akcję".

Dotychczasowe ustalenia wskazują, że auta warte fortunę zostały skradzione w środku dnia.

Funkcjonariusze z "samochodówki" tłumaczą nieoficjalnie, że na razie jest zbyt wcześnie, żeby przyjmować jakąkolwiek wersję jako tę ostateczną.

- To są profesjonaliści, którzy dbają o to, żeby nie można było ich zbyt łatwo namierzyć - tłumaczą.

Dodają, że cel - czyli właściciel pożądanego auta - jest obserwowany na długo przed akcją.

- To tak zwana "obczajka". Przestępcy ustalają program dnia takiej osoby. Oceniają zagrożenia. Starają się dotrzeć do osób z otoczenia celu, żeby zdobyć cenne informacje - mówi jeden z policjantów z łódzkiej "samochodówki".

Jest przekonany, że kradzież tych konkretnych modeli musiał ktoś zlecić.

- To pojazdy, którymi wiele osób w ogóle nie jeździ. Stoją w garażu i cieszą ego właściciela. Zazwyczaj za kradziony samochód trzeba zapłacić około 20 proc. jego wartości rynkowej - mówi nasz rozmówca.

Ukradnij mi fortunę

Policjanci podkreślają, że - paradoksalnie - obecnie najłatwiej jest ukraść luksusowe auta. Grupy przestępcze wykorzystują metodę "na walizkę".

- Nawet żółtodziób odjedzie supersamochodem w kilka sekund - mówi Marcin Taraszewski, były szef Wydziału Samochodowego Komendy Stołecznej Policji.

Złodzieje korzystają z tego, że w nowych autach coraz częściej korzysta się z systemu bezkluczykowego otwierania samochodu. Samochód wykrywa, że kluczyk jest w pobliżu - otwiera drzwi i pozwala uruchomić silnik. Wygodne dla właściciela. Ale - jak pokazuje praktyka - również dla przestępców.

- Złodzieje korzystają z "walizek". Urządzeń, dzięki którym można oszukać samochód - opowiada Tomasza Dopadko biegły sądowy, ekspert od zabezpieczeń samochodów.

Proceder jest prosty - przestępca uzbrojony w skaner staje w pobliżu domu, w którym śpi właściciel. Kluczyki do auta często są przy drzwiach. Jeżeli uda się "zebrać" sygnał emitowany przez kluczyk, można go przesłać dalej - do walizki. Ta dba o to, żeby komputerowy system był pewien, że kluczyk jest gdzieś obok auta.

- Do auta można wsiąść i sobie pojechać. Bez wyłamywania zamków, robienia szkód - mówi Dopadko.

Dziuple i "rozbieraki"

Dochodzi do tego, że grupy przestępcze wynajmują niedoświadczonych przestępców. Tylko po to, żeby wzięli na siebie "brudną robotę". W środowisku mówi się, że tacy ludzie są "na pensji".

- Zasada jest jedna. Osoba używająca "walizki" jedzie innym autem, niż reszta grupy. Chodzi o to, żeby w razie wpadki nie utracić cennego urządzenia do kradzieży - wyjaśnia Marcin Taraszewski.

Leszek Dawidowicz, reporter "Czarno na Białym" sprawdzał, czy i jak można taką "walizkę" zdobyć. Ustalił, że jej cena waha się od 10 do nawet 50 tys. euro. Urządzenia najczęściej sprowadzane są z Rosji i Rumunii.

- Skradzione auta, nawet te luksusowe, często trafiają do "rozbieraków". To ludzie, którzy w kilka minut potrafią zmienić samochód w górę części, które potem trafią na sprzedaż - mówił w swoim materiale Dawidowicz.

Autor: Bartosz Żurawicz/i / Źródło: TVN24 Łódź