Haneke: "Amour" to ilustracja obietnicy złożonej żonie

TVN24

ReutersFani usatysfakcjonowani werdyktem jury

Tym razem jurorzy w Cannes nie mieli wątpliwości - austriacki filmowiec Michael Haneke nie dał konkurentom szans. Nieczęsto werdykt jurorów najważniejszej filmowej imprezy w Europie bywa przyjmowany tak owacyjnie i nie budzi zastrzeżeń. Budzi je za to dominująca obecność w konkursie filmów amerykańskich, które w dodatku nie wzbudzają emocji.

"Amour" Hanekego był faworytem już od dnia pokazu. - Po projekcji nie było żadnych wątpliwości, że wyprzedza o kilka długości pozostałe obrazy w konkursie. Pokazy pozostałych filmów nie zmieniły tego wrażenia - ocenia Malwina Grochowska z portalu Filmweb. Roman Gutek, dystrybutor kina artystycznego i organizator Nowych Horyzontów, stały bywalec festiwalu w Cannes, podkreśla w rozmowie z nami, że każdy inny werdykt byłby krzywdzący dla wybitnego dzieła Hanekego. Publiczność potwierdziła uznanie dla werdyktu owacją na stojąco, zaś filmowe fora internetowe pełne są entuzjastycznych wpisów. Wstydliwe poczucie, jakie fani kina wywieźli z Cannes w ub.r., gdy wygrał - przez wielu wygwizdany - przekombinowany film Amerykanina Terence’a Mallicka "Drzewo życia", zostało więc zatarte.

Obiecali sobie Michael Haneke już po raz drugi opuszczał Cannes jako zwycięzca. W 2009 roku również dystansując konkurencję, odebrał Złotą Palmę za "Białą wstążkę" - opowieść o Niemczech lat 30., gdzie kazał nam obserwować, jak w młodych ludziach, wychowanych wedle sztywnych, bezdusznych zasad, zasiane zostaje ziarno totalitaryzmu. Tym samym dołączył do wąskiego grona reżyserów, którym dwukrotnie udało się zdobyć najważniejszą nagrodę filmową w Europie. Wcześniej sztuki tej dokonali Emir Kusturica, Bille August, bracia Dardenne oraz niesłusznie zapomniany Japończyk Shohei Imamura (twórca „Węża”). Odbierając nagrodę za "Amour" - przejmującą opowieść o umieraniu, a zarazem o miłości towarzyszącej żmudnym próbom jej oswojenia - Haneke wyznał: - Mój film to ilustracja obietnicy, którą złożyliśmy sobie ze wspierającą mnie od 30 lat żoną, gdyby tak się stało, że któreś z nas znajdzie się w podobnej sytuacji, jak bohaterka filmu. W filmie Anne grana przez Emmanuelle Rivę dostaje udaru i stopniowo traci kontakt z rzeczywistością. Wzruszający był moment podczas transmitowanej na żywo z Cannes gali, gdy kamera w chwili wypowiadania przez Hanekego podziękowania, pokazała twarz siedzącej na widowni żony reżysera.

Aktorska para - duszą filmu

Austriak nie zapomniał też o parze swoich aktorów, którzy na jego prośbę, po latach przerwy wrócili znowu do kina. To 85-letnia Emmanuelle Riva (znana z filmu "Hiroszima, moja miłość") i 81-letni Jean-Louis Trintignant ("Kobieta i mężczyzna"). Haneke podkreślał, że są oni duszą tego filmu, i to im zawdzięcza Złotą Palmę. Ogromny wkład odtwórców głównych ról w wielkość zwycięskiego filmu podkreślił także przewodniczący jury Nanni Moretti. Film Hanekego, który przyzwyczaił nas do chłodnego, zdystansowanego wobec swoich bohaterów kina, jest sporym zaskoczeniem dla jego fanów. Po "Pianistce", "Funny Games" czy wspomnianej "Białej wstążce" ten psycholog i filozof z wykształcenia, miast wycyzelowanego obrazu, tak dla niego charakterystycznego, zafundował nam pełen czułości portret kochających się dwojga ludzi. - To Haneke, jakiego nie znaliśmy – mówi Roman Gutek. - Wzruszający i ciepły choć tak samo perfekcyjny. Pytany kiedyś o swoją prywatną definicję kina, austriacki mistrz powiedział: "kino to dwadzieścia cztery kłamstwa na sekundę", co miało być odniesieniem - a rebours - do Jean-Luca Godarda i jego słynnego cytatu: "kino to prawda dwudziestu czterech klatek na sekundę". Oglądając "Amour" możemy przypuszczać, że definicja kina Hanekego nieco ewoluowała.

Więcej niż rozrywka Już sama ceremonia wręczania nagród pokazała wyraźnie, jak bardzo festiwal w Cannes różni się od najważniejszej imprezy filmowej za Oceanem (i zarazem na świecie) - oscarowej gali. Zamiast błazenady w wydaniu prowadzących – tradycyjnie popularnych komików, z ust prowadzących galę padały staranne dobrane cytaty, zapożyczone od wielkich Europejczyków kina – Felliniego, Bunuela, itp. Zamiast pięciogodzinnego pełnego fajerwerków show, mieliśmy ascetyczną wręcz w formule, niespełna godzinną uroczystość. Bez histerycznych wybuchów radości, zalewania się łzami, choć z niekryjącymi wzruszenia laureatami, odbierającymi nagrody.

- Festiwal w Cannes pokazuje, że kino to coś więcej niż rozrywka – mówił odbierając Nagrodę Specjalną Jury za "The Angle’s Share" weteran imprezy Ken Loach. I choć niezmiennie wierny społecznie zaangażowanemu kinu Brytyjczyk, nie byłby sobą, gdyby nie upolitycznił gali, tekstem o "filmie, jako narzędziu do walki z cięciami budżetowymi i prywatyzacją", była to wyraźna aluzja do kina komercyjnego, któremu Loach, czego nie kryje w wywiadach, jest nader niechętny. Kino zaangażowane reprezentuje też Rumun Cristian Mungiu, w 2007 roku zdobywca Złotej Palmy za "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni". Tym razem wywalczył nagrodę za scenariusz obrazu "Za wzgórzami", pokazującego Kościół, jako represyjną instytucję. Niektórzy upatrywali w nim nawet laureata Złotej Palmy. Jury nie wykonało za to ukłonu w stronę filmowców bawiących się kinem, w czym z pewnością spora zasługa przewodniczącego Morettiego, hołdującego - jak Loach, choć może mniej nachalnie - kinu zaangażowanemu. Bez nagród dla amerykańskiego kina Powiedzmy to wprost: tym razem wielkimi przegranymi festiwalu w Cannes okazali się Amerykanie, którzy mieli najmocniejszą reprezentację w konkursie (aż pięć tytułów), i nie zdobyli żadnej nagrody. Nie omieszkali wypomnieć tego jurorom amerykańscy korespondenci "The Hollywood Reporter" i "Screen Daily", zgrabnie tłumacząc to ubiegłorocznym sukcesem Malicka. (Warto przypomnieć, że przewodniczącym jury był w ub.r. inny sławny Amerykanin Robert De Niro.) Roman Gutek, od lat śledzący mechanizmy funkcjonowania światowych festiwali, podkreślał, że zaskakująco liczna obecność przeciętnych amerykańskich produkcji, prawdopodobnie podyktowana jest zapotrzebowaniem imprezy na aktorskie gwiazdy. Bo co tu kryć, ich oazą, niezmiennie pozostaje Hollywood. I choć spora część publiczności canneńskiej laureatkę roli kobiecej widziała w Nicole Kidman, (w zgodnej opinii krytyków świetnej w filmie "The Paperboys" Lee Danielsa), jurorzy nie docenili jej kreacji.

Na osłodę Amerykanom pozostaje świadomość, że filmy z udziałem Kristen Stewart i Roberta Pattinsona, bohaterów "Zmierzchu" były najgłośniejszymi wydarzeniami festiwalu w Cannes dla... paparazzich.

Autor: Justyna Kobus / Źródło: tvn24.pl