Kultura i styl

"Wszystko, za co chcemy umrzeć!". Nowa kolekcja Saint Laurenta

Kultura i styl


Ten pokaz był najbardziej oczekiwanym w sezonie. Hedi Slimane pokazał pierwszą męską kolekcję od 6 lat i to, co zaproponował dla domu mody Saint Laurent, gdzie jest nowym dyrektorem kreatywnym, zachwyciło wszystkich. "Przygotujcie się na rocka! Slimane trafił w dziesiątkę!", "To jest wszystko, za co chcemy umrzeć!" - brzmią recenzje.

Oczekiwania były ogromne, a Hedi Slimane je podgrzewał, czekając z debiutem do ostatniej chwili. Swój pokaz dla paryskiego domu mody Saint Laurent zostawił na sam koniec Tygodnia Mody Męskiej. Sezon zamknął w Grand Palais przy ostrych dźwiękach rocka alternatywnego, w takt których chodzili wychudzeni modele w nonszalanckich strojach.

"Zapomnijcie o super luksusowych garniturach poprzedniego dyrektora artystycznego. Teraz rządzi androgyniczna sylwetka chudego dzieciaka" - napisał "Le Soir".

Duże wełniane swetry, peleryny, poszarpane dżinsy, skórzane kurtki, futra, kamizelki, płaszcze, kraciaste koszule, obcisłe spodnie ze skóry i długie szalki pojawiły się na wybiegu w każdej możliwej konfiguracji. Czyli to wszystko, co jest kwintesencją stylu Slimane'a i co proponował już wcześniej w Dior Homme, a od 1995 do 2000 roku także w firmie, do której wrócił w ubiegłym roku po 12 latach przerwy.

Ten rockowy i super szczupły image przyniósł mu niegdyś sukces artystyczny, ale nie komercyjny - bardzo obcisłe ubrania podobały się branży, ale nie klientom, którzy po prostu się w nie nie mieścili. Karl Lagerfeld z domu mody Chanel, by wbić się w te wąskie dżinsy, poszedł na dietę i zrzucił ponad 40 kilo. Nie bez powodu Slimane wprowadził wówczas do słownika mody nowe określenie: "Slim Man" (czyli "szczupły mężczyzna").

Na widowni gwiazdy i pierwsza dama Francji

Bezkompromisowy Francuz wycofał się z projektowania na 5 lat, przeniósł się do Los Angeles i skupił na fotografii. Choć publikował w najlepszych magazynach świata, organizował wystawy swoich prac, to tęsknił za projektowaniem. I gdy w 2012 r. François-Henri Pinault, szef koncernu dóbr luksusowych PPR, który jest właścicielem YSL (a także m.in. marek Gucci, Balenciaga i Bottega Veneta) zaproponował mu powrót, nie miał wymagań. Poza jednym: chciał dostać wolną rękę we wszystkim. Dostał.

Śmiało z tego skorzystał. Pierwsze co zrobił, to zmienił nazwę domu mody - na Saint Laurent Paris. Potem ogłosił, że nie zamierza przenosić się z Los Angeles do Paryża, gdzie znajduje się siedziba marki i będzie pracował na odległość. A na koniec zapowiedział, że jego pierwszy pokaz odbędzie się bez udziału kamer. Poza tym, zmienił wystrój sklepów, strony internetowej (z której usunął wszystkie projekty swojego poprzednika, Stefano Pilati), a także cały wizerunek marki: od pudełek na ubrania po kampanie reklamowe, do których sam robi zdjęcia. Odciął się od wszystkiego, co w Saint Laurent było przed nim.

Jego pierwsza damska kolekcja, którą zaprezentował w październiku ub.r., to była zapowiedź tego, co zamierzał zrobić: odmłodzić markę, nadać jej nowoczesny i "niegrzeczny" charakter, ale z wyraźnym dotykiem klasyki mistrza, który założył ją w latach 60. Kolekcja okazała się jedną z najlepszych w sezonie (choć doczekała się także niepochlebnych recenzji).

Nic dziwnego, że i teraz na pokaz ściągnęło najlepsze towarzystwo. Na widowni w pierwszym rzędzie siedzieli m.in. Valérie Trierweiler, partnerka życiowa prezydenta Francji François Hollande'a, współzałożyciel marki Pierre Bergé, projektanci mody Azzedine Alaia i Nicola Formichetti, wpływowe dziennikarki Anna Wintour, Emmanuelle Alt i Carine Roitfeld, a także Pinault z żoną, aktorką Salmą Hayek.

- Bardzo, bardzo mocna kolekcja. Kocham wszystkie płaszcze - powiedział po pokazie Bergé.

- To jak elegancka wizytówka punk rocka - ocenił francuski muzyk Marc Lavoine.

"Dla tych ciuchów chcę być znowu młody!"

Wszyscy zgodnie stwierdzili, że pasja Slimane'a do muzyki odcisnęła piętno na pokazie kolekcji na jesień-zimę 2013-14. Na długim wybiegu stała metalowa konstrukcja z oświetleniem i wielkimi głośnikami, która "otworzyła się" wraz z pierwszymi taktami rock'n'rolla. Całość bardziej przypominała scenę koncertu niż pokazu mody. Do tego propozycja bardzo szczupłej sylwetki dla bardzo młodych klientów, którą 54-letni kreator wcześniej doskonalił u Diora. Androgyniczny look podkreślała nawet obecność modelki Julii Nobis, która wraz z kolegami chodziła po wybiegu w męskich projektach i w ogóle się nie wyróżniała.

Twarzą męskiej kolekcji YSL na lato 2013 został muzyk - BeckYSL

"Podobnie jak nastolatek próbuje odnaleźć swoją tożsamość, tak Slimane gwałtownie pomieszał style. Powiew seksualnego eksperymentowania można zauważyć u androgynicznych modeli, którzy założyli kobiece kurtki. Czasem trudno było stwierdzić, czy modele to panowie, czy panie. Ale przynajmniej jedno było jasne: zamieszanie w szafie jest zamierzone" - napisał "Washington Post".

"Najmilszą rzeczą w pierwszej męskiej kolekcji Slimane'a jest to, że facet na randce będzie pasował do swojej dziewczyny. Jeśli Kate Moss była idealna dla damskiej kolekcji na wiosnę-lato 2013, to jej mąż, muzyk Jamie Hince, z pewnością mógłby przemaszerować na wybiegu jako rockowy awatar kolekcji dla mężczyzn na jesień-zimę" - zawyrokował prestiżowy portal style.com.

"Jeśli kiedykolwiek festiwal Coachella zorganizuje zimową edycję, to na widowni zasiądą inteligentne dzieciaki, które będą właśnie tak wyglądać" - podsumował magazyn "WWD".

A Antony Miles z magazynu "10" nie krył entuzjazmu: "Facet Saint Laurent jest biały, wychudzony i nieletni. I słucha wyłącznie Stevie Nicks, jednocześnie pisząc wiersze. Dla tych ciuchów chcę być znowu młody!". A swoją recenzję zakończył wyznaniem: "Cała kolekcja to wszystko, za co chcę umrzeć!".

Męskie przeboje w cieniu Slimane'a

To w cieniu propozycji Slimane'a znalazły się inne przeboje męskich kolekcji: Valentino, Driesa Van Notena i Lanvin. Pierwszy dom mody postawił na klasykę i elegancję w stylu Londynu lat 60. "Widać dążenie do doskonałości. To był wspaniały pokaz, pełen wykwintnych ubrań noszonych przez ślicznych chłopców" - ocenił dziennikarz Tim Blanks.

Drugi - jak zwykle - zmiksował luz z etnicznymi wzorami. "Dries to dostarczyciel tajemniczej wizji piękna, ale pod kontrolą" - Blanks pochwalił Belga.

Zaś Lanvin, bojąc się konkurencji Slimane'a, zaprezentował kompilację największych hitów z poprzednich lat zebraną w jednej kolekcji. Co nie wszystkim się spodobało - wielu zarzuciło marce wtórność.

W obronie swojej wizji autor, Lucas Ossendrijver, powiedział: - To nie jest ekstrawagancka kolekcja do szybkiego oglądania na zdjęciach w komputerze, lecz to, co chcesz zachować i nosić sezon po sezonie. Z powodu wysokich kosztów produkcji luksusowe marki muszą iść w tym kierunku. Bo inaczej przegramy z modą ulicy.

Autor: Agnieszka Kowalska/rs / Źródło: tvn24.pl

Pozostałe wiadomości