Trzeba być wybitnym twórcą lub bezwstydnym ryzykantem, żeby porwać się na film o tenisiście stołowym z lat 50. Szczególnie jeśli wychodzi się z założenia, że ma trwać 149 minut. Okazuje się, że wystarczy być Joshem Safdiem, aby taki pomysł przekuć w artystyczny i komercyjny sukces.
Przez lata Josh wspólnie z młodszym o dwa lata Bennym tworzyli jeden z najciekawszych duetów w amerykańskim kinie autorskim. "Bracia Safdie" - pod takim szyldem też tworzyli - byli objawieniem kina niezależnego i tworzyli w nim zupełnie nową jakość. Ich "Good Time" (2017) czy "Nieoszlifowane diamenty" (2019) na stałe zapisały się w historii kina. Chociaż fani czekali na kolejną wspólną realizację, to w 2023 roku ich drogi się rozeszły.
Starszy z braci, Josh, stworzył "Wielkiego Marty'ego" - wciągający, ponadczasowy esej społeczno-filozoficzny bardzo sprytnie opakowany w sportowy komediodramat. Produkcja zdobyła miedzy innymi dziewięć oscarowych nominacji, w tym tę w kategorii najlepszy film. Na czym polega fenomen tego dzieła? Przyglądamy się "Wielkiemu Marty'emu" z trzech perspektyw.
1. Precyzyjnie skonstruowana opowieść
O czym jest "Wielki Marty"? 1952 rok, 23-letni nowojorski Żyd Marty Mauser "trafił na Ziemię jako najlepszy w swojej dziedzinie, lepszy niż ktokolwiek inny na tej planecie". Mauser głęboko wierzy w to, że jest najlepszym tenisistą stołowym na świecie i za wszelką cenę - dosłownie - chce to wszystkim udowodnić. Nie bierze pod uwagę konsekwencji swoich działań i decyzji. Jakby na świecie istniał tylko on i jego potrzeba bycia wielkim.
Mauser ma się również za "ostateczny produkt porażki Hitlera" - jakby próbował przekonać nas, że dzierży na sobie dobre imię i pamięć po milionach zabitych w Holokauście Żydów. Jego przekonanie o własnej wielkości ma się nijak do tego, że rodzina chce, aby przejął sklep z butami.
Tytułowa postać - jak i cała opowieść - jest bardzo precyzyjnie skonstruowana. W końcu od pojawienia się pierwotnego pomysłu do wejścia na plan - jeśli wierzyć relacjom Safdiego - minęło około pięciu lat. W wielu wywiadach promujących film Safdie wyjaśniał, że pomysł na "Wielkiego Marty'ego" zrodził się, gdy z bratem kończyli prace nad "Nieoszlifowanymi diamentami" z 2019 roku. Jego żona - Sara Rossein - znalazła w antykwariacie autobiograficzną książkę Marty'ego Reismana - legendarnego i równie niepokornego amerykańskiego tenisisty stołowego.
Safdie, który w dzieciństwie rekreacyjnie grał w ping-ponga, zainteresował się przede wszystkim nowojorską subkulturą tenisistów stołowych z początku lat 50. W końcowym efekcie historia Reismana jest jedynie luźną inspiracją. Podobnie potraktowali sam tenis stołowy, który w latach 50. mało kto w Nowym Jorku traktował poważnie i mało kto myślał o nim w kategoriach profesjonalnej dyscypliny. W "Wielkim Martym" jest to jedynie kontekst, zapewniający pewien rodzaj absurdu całej opowieści. Skąd to przekonanie? Trudno zrozumieć obsesyjne wręcz dążenie Mausera do mistrzostwa właśnie w tej dyscyplinie. Ironię, z jaką potraktowany został ping-pong przez Safdiego, podchwyciła Nikki Glaser, prowadząca tegoroczną ceremonię wręczenia Złotych Globów. - Dałeś występ pełen poświęcenia. Coś niesamowitego. Interesujące jest to, że Timothee Chalamet jest pierwszym aktorem w historii, który musiał nabrać muskulatury do filmu o ping-pongu. Przytyłeś chyba 60 uncji [1,7 kilograma - red.]. Szaleństwo! - oceniła żartobliwie Glaser, zwracając się do Chalameta w swoim monologu na otwarcie gali.
Magia i mądrość filmu Safdiego zapisane są między wierszami, z dala od tenisowego stołu, w zderzeniu Mausera z postaciami drugoplanowymi. W wątkach pobocznych widzowie mogą zobaczyć siebie. To tu serwuje się całą serię pytań. A paleta tematyczna jest szeroka: czym jest wielkość i czy jest w zasięgu ręki każdego człowieka, czym jest odpowiedzialność za własne decyzje i wybory, jakie są granice naszych potrzeb, jak rożne są wizje ojcostwa czy toksyczne wyobrażenie męskości. Warto też zauważyć, że Safdie celowo osadził tę opowieść w latach 50., gdy w powojennych Stanach Zjednoczonych na nowo odżył mit "amerykańskiego snu". Ten sam mit, który i wówczas, i dzisiaj wydaje się być tylko pustym sloganem.
2. "Monumentalny" Chalamet i "klątwa" DiCaprio
Siłą "Wielkiego Marty'ego" jest nie tylko dobrze skrojony scenariusz, ale również obsada. Oczywiście, można odnieść zasadne wrażenie, że jest to show jednego aktora - Chalameta. Ale niezauważenie gwiazdorskiej obsady w rolach drugoplanowych i epizodycznych byłoby niesprawiedliwe. Co do samego Chalameta, jeśli ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości, że 30-latek jest jednym z najlepszych aktorów swojego pokolenia, to "Wielki Marty" je ostatecznie rozwieje. David Ehrlich na łamach "IndieWire" trafnie to ocenia, pisząc: "Chalamet sprawia, że jeden z najbardziej monumentalnych występów filmowych XXI wieku wydaje się tak naturalny jak prosty rzut do kosza". I dalej krytyk zauważa: "jeden z najbardziej żądnych sukcesu bohater współczesnego Hollywood dał z siebie absolutnie wszystko - tylko po to, żeby film mógł postawić pytanie: dlaczego w ogóle warto starać się aż tak bardzo". "Film zarazem kwestionuje i nagradza jego (Chalameta) otwarte dążenie do wielkości, dając mu do zagrania postać napędzaną dokładnie tym samym pragnieniem" - czytamy w tekście Ehrlicha. Jak wynika z wypowiedzi samego Safdiego, rola Mausera została napisana z myślą o Chalamecie. Reżyser zauważył aktora w 2017 roku, gdy Chalamet podbił świat rolą u Luki Guadagnino w "Tamtych dniach, tamtych nocach". Rok później panowie się zaprzyjaźnili, a Safdie zaczął myśleć o odpowiednim pomyśle na wspólny film. Niedługo potem aktor zaczął uczyć się tenisa stołowego. "W miarę jak jego kariera nabierała tempa, Chalamet po cichu przez lata trenował - przy wsparciu eksperta w tej dziedzinie, Diega Schaafa - biorąc zestaw do ping-ponga na plany zdjęciowe kolejnych produkcji od 'Diuny' po 'Wonkę'" - wyjaśnił David Canfield, reporter "The Hollywood Reporter".
30-letni aktor stworzył postać skrajnie arogancką, irytującą i ślepo zapatrzoną w swoją wielkość, której w dziwny sposób trudno jednak nie kibicować. Wściekłość może budzić to, jak instrumentalnie traktuje ludzi wokół, a jednocześnie chcemy, żeby poradził sobie z kolejnymi życiowymi turbulencjami. I faktycznie, słuchając niektórych wypowiedzi aktora z ostatnich tygodni, można odnieść wrażenie, że granica między Mauserem a Chalametem gdzieś się zatarła. A być może to część kampanii promocyjnej, która przerodziła się w kampanię oscarową. Nikogo - a na pewno nie tego, kto widział już film - nie powinno dziwić to, że 30-latek za rolę u Safdiego został nominowany między innymi do Oscara w kategorii najlepszy aktor. A że Chalamet jest również producentem "Wielkiego Marty'ego", to zdobył również nominację w kategorii najlepszy film.
O ile sama nominacja aktorska nie jest zaskoczeniem, to jego wygrana nie jest wcale przesądzona. Wydaje się, że Chalamet może podzielić los Leonardo DiCaprio, który przed trzydziestką miał już na koncie role w takich filmach jak "Co gryzie Gilberta Grape'a?", "Titanic" czy "Złap mnie, jeśli potrafisz", to Oscara dostał dopiero w wieku 41 lat za "Zjawę". Akademia bardzo rzadko docenia kreacje młodych aktorów. Tylko w ostatnich trzech dekadach mieliśmy trzech zdobywców Nagród Akademii w przedziale wiekowym 29-33 lata. Gdyby jednak Chalamet wygrał, byłby drugim najmłodszym w historii zwycięzcą po Adrienie Brodym, który wygrał jako 29-latek za rolę w "Pianiście" w 2002 roku. Czy marzenie aktora się spełni, dowiemy się 15 marca.
3. Koniec pewnej epoki i pierwsze "oscarowe brudy"
"Wielki Marty" to dobitne przypieczętowanie faktu, że w najbliższych latach nie mamy co oczekiwać na powrót "braci Safdie". Oficjalnie ich drogi rozeszły się w pierwszej połowie 2023 roku.
W 2024 roku Benny Safdie przekonywał w rozmowie z Ethanem Shanfeldem ("Variety"), że zakończenie wspólnej pracy z bratem odbyło się w przyjacielskiej atmosferze. - To naturalna kolej rzeczy, wynikająca z tego, co każdy z nas chce zgłębiać. Będę sam reżyserować i skupiać się na tematach, które chcę poruszać. Teraz chcę w życiu tej wolności - mówił młodszy z braci. Natomiast w innej rozmowie z magazynem "Empire" przypomniał, że każdy z nich zaczął kręcić filmy samodzielnie jeszcze na studiach, a ponowna solowa twórczość "wydaje się być kontynuacją pewnego procesu". Sam Josh nie komentował tego, że znów pracuje bez brata.
W 2025 roku byliśmy świadkami ich rywalizacji na filmy. W ramach Konkursu Głównego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji premierowo pokazano solowy debiut pełnometrażowy Benny'ego "Smashing Machine" z Dwaynem Johnsonem i Emily Blunt w rolach głównych. Młodszy z braci został doceniony Srebrnym Lwem za reżyserię. Film istotnie różnił się od tego, z czego znaliśmy wcześniejsze produkcje duetu. Wydawało się wówczas - było to na kilka tygodni przed światową premierą "Wielkiego Marty'ego" - że to Benny z tego pojedynku wyjdzie z tarczą, a "Smashing Machine" wymieniano jednym tchem z innymi oscarowymi faworytami. Zresztą w "Smashing Machine" czuć coś "oscarowego", jakby był zrobiony w zgodzie z tym, co Akademia najczęściej docenia. Rzeczywistość miała jednak swój scenariusz. To "Wielki Marty" stał się komercyjnym i artystycznym sukcesem, zdobywając między innymi dziewięć nominacji do Oscara, w tym cztery dla Josha. "Smashing Machine" nominowano jedynie za charakteryzację.
Amerykański portal plotkarski PageSix w miniony poniedziałek opisał "prawdziwe" powody rozpadu artystycznego duetu braci. Zdaniem portalu pokłócili się z powodu skandalu z udziałem nieletniej aktorki na planie "Good Time" z 2017 roku. W największym skrócie: bracia Safdie znani byli z angażowania do swoich filmów zarówno wielkich aktorskich nazwisk, jak i amatorów. Tak też było w przypadku "Good Time". Jedną z drugoplanowych ról otrzymał Buddy Duress, który grał już "boki" w "Bóg wie co" Safdiech w 2014 roku. Do "Good Time" zaangażowana została aktorka, która okazała się niepełnoletnia. 17-latka, której wieku producenci nie zweryfikowali, otrzymała rolę prostytutki. Miała partnerować Duressowi w jednej ze scen, w której pokazana była nagość oraz symulowany seks.
Według PageSix, Duress podczas kręcenia tej sceny miał być na planie pod wpływem substancji psychoaktywnych, rozebrać się i proponować 17-latce prawdziwy seks. Teoretycznie w takiej sytuacji reżyser powinien krzyknąć "cięcie" i zareagować. Tak się nie wydarzyło - donosi PageSix i zaznacza, że Josh Safdie przyglądał się wszystkiemu na monitorze, a Benny stał z boku, otrzymując wysięgnik z mikrofonem. Nakręcona scena nie znalazła się w ostatecznej wersji filmu, którego premiera odbyła się w ramach Konkursu Głównego Festiwalu Filmowego w Cannes. Portal przekonywał, że Josh miał dowiedzieć się o wieku aktorki niedługo po nakręceniu tej sceny. Benny natomiast miał poznać szczegóły dopiero w marcu 2023 roku. Dlaczego wtedy? "Brudy" z planu "Good Time" wyszły na jaw podczas rozprawy rozwodowej Sebastiana Bear-McClarda i Emily Ratajkowski. To Bear-McClard - jeden z producentów filmu - miał być odpowiedzialny za zatrudnienie nieletniej i za weryfikację jej wieku. PageSix donosił, że Josh zerwał współpracę z Bear-McClardem.
Co ciekawe, sama autorka tekstu informuje, że o wszystkim - w tym o incydencie na planie "Good Time" - relacjonowała, gdy przed trzema laty zajmował się rozwodem Ratajkowski. Czy zatem przypomnienie o tym skandalu na kilka tygodni przed rozpoczęciem oscarowego głosowania nie jest celową nagonką na Safdiego? Tak to przynajmniej wygląda.
"Wielki Marty" w polskich kinach od 30 stycznia.
Redagowała Katarzyna Guzik
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Monolith Films