Kultura i styl

Trendy terroryzm w niemieckim wydaniu

Kultura i styl

Aktualizacja:
Zwiastun filmu
TVN24.plZwiastun filmu

Seks, papierosy i karabiny maszynowe – z rewolucyjnym mitem grupy Baader-Meinhof rozprawia się film niemieckiego reżysera. Gloryfikacja krwawej i bezsensownej przemocy czy próba bezstronnego spojrzenia na jeden z bardziej kontrowersyjnych fenomenów niemieckiej historii? Oceńcie sami. Film od dziś w kinach.

 
fot. Monolith Plus 

Boczną uliczką niemieckiego miasta przejeżdża limuzyna. Kiedy mija kobietę z wózkiem, drogę zajeżdża jej samochód. Wyskakują z niego uzbrojeni w pistolety maszynowe młodzi mężczyźni i zaczynają strzelać do pasażerów auta. Dziewczyna z wózkiem wyjmuje z niego niewiele mniejszy od niej karabin i dołącza do egzekutorów. Po kilkunastu sekundach wszyscy odjeżdżają z piskiem opon. W podziurawionej jak sito limuzynie zostają trupy. To RAF dołożył kolejną cegiełkę do niemieckiej rewolucji, która nigdy nie wybuchła.

 
fot. Monolith Plus 
 
fot. Monolith Plus 
 
fot. Monolith Plus 
 
fot. Monolith Plus 
 
fot. Monolith Plus 
 
fot. Monolith Plus 
 
fot. Monolith Plus 

Byli terrorystami, których w latach 70-tych popierał co czwarty młody Niemiec. Stosowali przemoc, by skończyć z przemocą państwa. Pacyfy i kwiaty hipisów zamienili na czerwoną gwiazdę i karabin maszynowy. Bezwzględni bandyci czy romantyczni, choć nieco zbyt radykalni rewolucjoniści? Fenomen RAFu (Rote Armee Fraktion), zwanego gangiem Baader-Meinhof, to wciąż nierozliczony fragment historii Niemiec.

Próbą takiego rozliczenia jest film Uliego Edela, który przez dwie i pół godziny próbuje oddać sprawiedliwość grupie. Reżyser zarzekał się w wywiadach, że nie chce oceniać, tylko pokazać historię RAFu z perspektywy niezaangażowanego świadka. Problem w tym, że w przypadku wciąż tak gorącego tematu (co pokazała debata, która przetoczyła się przez Niemcy po wejściu filmu na ekrany) trzeba się opowiedzieć po jednej ze stron. Lub obrywać od obu.

„Baader-Meinhof” był najczęściej oskarżany o gloryfikację morderców i rzeczywiście w filmie Edela nie brakuje rewolucyjnego romantyzmu. Sex, smokes&guns, parafrazując sztandarowe hasło lat 60-tych. Członkowie RAF są młodzi, ładni i seksualnie wyzwoleni, w oparach papierosowego dymu dyskutują o światowej rewolucji i nie boją się zaryzykować życia, żeby ją urzeczywistnić. Jeżdżą kradzionymi sportowymi samochodami, noszą lansiarskie skórzane kurtki i bardzo do twarzy im z bronią w ręku. Nic dziwnego, że ich twarze trafiały na koszulki i plakaty.

Z drugiej strony reżyser nie oszczędza swoich bohaterów. Andreas Baader (Moritz Bleibtrau) jest w filmie aroganckim bucem z pretensjami, jego kobieta i faktyczna przywódczyni grupy Gudrun Ensslin (Johanna Wokalek) - pozbawiona skrupułów fanatyczką, a Ulrike Meinhof (Martina Gedeck) to hamletyzująca neurotyczka, która nagina szczytne ideały do brutalnej rzeczywistości i nie potrafi sobie z tym poradzić. Film pokazuje spięcia i dalekie od sielanki walki o władzę w grupie.

Nie można się też przyczepić do strony realizacyjnej filmu. Edel bardzo sprawnie i solennie, po bożemu, przedstawia historię RAFu na przestrzeni 10 lat, od burzliwego 1967 roku, kiedy przez Niemcy przetoczyła się fala brutalnie tłumionych przez władzę demonstracji, do „Niemieckiej Jesieni” 1977 roku i samobójstwa członków grupy. Oczami popularnej lewicowej dziennikarki Ulrike Meinhof patrzymy na pacyfikowane pałami studenckie protesty, śmierć pierwszej przypadkowej ofiary i radykalizację nastrojów młodzieży. Gdy w odpowiedzi na zamach na Rudiego Dutschke płonie siedziba Axla Springera, Meinhof jest jeszcze jedynie obserwatorką. Gdy w 1970 roku Ensslin prosi ją o pomoc w uwolnieniu z więzienia jej chłopaka, Badera, przekracza tę granicę.

Problem w tym, że nie wiemy, dlaczego. Dlaczego Meinhof zdecydowała się zrezygnować z wygodnego życia i dwóch córek na rzecz ryzyka, ukrywania się, miejskiej partyzantki, choć przemoc wyraźnie nie leżała w jej naturze? Dlaczego do grupy przyłączały się inne grzeczne dziewczynki z dobrych domów? Baadera i Ensslin przemoc wyraźnie nakręcała, ale czy rzeczywiście nie chodziło o nic więcej? Nie dowiemy się tego z filmu. Cytaty z pism bohaterów, które słyszymy w dialogach, brzmią sztucznie – ma się wrażenie, że recytują „Kapitał”, a nie, że normalnie rozmawiają.

Tym niemniej warto się wybrać do kina na „Baader-Meinhof”. Chociażby po to, żeby pozazdrościć sąsiadom, że stać ich na robienie takich filmów o drażliwych momentach swojej historii.

Film Udela rozprawia się też z mitem kobiecej łagodności. Pokazuje, że RAFem faktycznie rządziły kobiety, przy których nominalny lider Andreas Bader wygląda na tupiącego nóżką przedszkolaka. A sceny, gdy ubrane w minispódniczki zgrabne dziewczyny seriami z MP5 koszą opasłych burżujów, chciałabym zadedykować twórcom reklamy Mobilkinga.

Katarzyna Wężyk/iga

Źródło: tvn24.pl, Bild.de

Źródło zdjęcia głównego: TVN24.pl

Pozostałe wiadomości