3 491 - tyle Oscarów wręczyła amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej (AMPAS) w swojej 99-letniej historii. Tysiące filmowców i filmowczyń z najróżniejszych zakątków świata marzy o tym, żeby dołączyć do grona dostrzeżonych przez Akademię Filmową. Dla innych jednak ceremonie oscarowe to "targowisko próżności", które z prawdziwą sztuką nie mają nic wspólnego. A jak jest naprawdę? Czy w latach 20. XXI wieku, blisko 100 lat po powstaniu AMPAS, potrzebujemy Oscarów i tego całego zamieszania, jakie się z nimi wiąże?
- Nagrody Akademii Filmowej, jak i sama akademia, powstały w odpowiedzi na rozwijające się intelektualne kino nowojorskie. Sama nagroda powstała z myślą, żeby promować amerykańską sztukę i kulturę, przede wszystkim tę hollywoodzką - przypomina dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawczyni i filmoznawczyni z Uniwersytetu SWPS w Warszawie.
- Czy Oscary wciąż mają realny wpływ na światową kinematografię?
- Jakie kontrowersje budzą kampanie promocyjne wokół Oscarów?
- Dlaczego eksperci uważają, że nagrody filmowe są potrzebne widzom?
- W jaki sposób zmieniła się Akademia Filmowa w ostatnich latach?
Ekspertka wyjaśnia: - To wyróżnienia, doceniające nie tylko artystyczne osiągnięcia, bo to tylko jeden z aspektów tego, czym są Oscary. Drugim z nich jest to, że nagradzane są dzieła, które odzwierciedlają to, co najważniejsze z perspektywy społecznej i kulturalnej. Oznacza to, że akademia dostrzega elementy, które odnoszą się do tego, co dzieję się obecnie, które mają wpływ na to, jak dany obraz filmowy jest konstruowany. Chodzi tu zarówno o wszelkiego rodzaju efekty rozwoju technologicznego, jak i o przemiany społeczno-kulturowe. Trzecim filarem tych nagród jest oczywiście marketing. Nawet najlepszy artystycznie film bez odpowiedniej promocji może pozostać przez akademików niezauważony.
- Nagrody Akademii Filmowej nadal wiążą się z ogromnym prestiżem, który od zawsze łączył się z sukcesem ekonomicznym. W dużej mierze Oscary to również wielki biznes. Twórcom bardzo zależy na nominacjach, ponieważ one nadają rozgłosu poszczególnym tytułom. W efekcie więcej osób o danym filmie wie, więcej osób będzie chciało go zobaczyć w kinie - zauważa dziennikarka filmowa Patrycja Wanat.