Jeszcze jako nastolatka Noam Shuster-Eliassi aktywnie angażowała się w działania na rzecz pokoju między Izraelem a Palestyną. Występowała na forach międzynarodowych, pracowała dla agencji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Była stypendystką amerykańskich uczelni, a swoją przyszłość widziała w polityce i dyplomacji. Tak było do 2017 roku, gdy pod wpływem nacisków ze strony prawicowych środowisk żydowskich ONZ zamknęła Interpeace - agencję pokojową, którą Shuster-Eliassi współprowadziła. Wówczas postawiła na stand-up.
Opowiadając żarty, apelowała o izraelsko-palestyńskie pojednanie, punktowała własną, skomplikowaną tożsamość. Jej matka pochodzi z irańskiej rodziny żydowskiej, ojciec jest synem rumuńskich Żydów ocalałych z Holokaustu. Wychowała się we wsi Newe Szalom (po polsku Oaza pokoju). To wieś założona w latach 70. ubiegłego wieku, której mieszkańcy to żydowscy, chrześcijańscy i arabscy obywatele Izraela. Elie Wiesel na początku XXI wieku określił tę miejscowość mianem cudu, który daje nadzieje na izraelsko-palestyńskie porozumienie.
Łącząc zaangażowanie na rzecz pokoju z komedią w 2019 roku, stworzyła stand-up "Coexistence, My Ass!", nad którym mogła pracować między innymi dzięki stypendium Uniwersytetu Harvarda. "Coexistence, My Ass!" ("Współistnienie? Tere-fere") to również tytuł jednego z najważniejszych filmów dokumentalnych ubiegłego roku w reżyserii libańsko-kanadyjskiej filmowczyni Amber Fares. Film pokazuje Shuster-Eliassi jako nie tylko utalentowaną komiczkę, ale osobę stawiającą czoła wyzwaniom, jakie łączą się z jej działalnością pokojową.
Film "Współistnienie? Tere-fere" dostępny jest dla subskrybentów TVN24+:
Tomasz-Marcin Wrona: Czy stand-up, komedia, może uratować świat?
Noam Shuster-Eliassi: (uśmiech) Nie wiem, czy może uratować świat, ale jest to potężny sposób, aby mówić o rzeczywistości, o prawdzie. Pozwala dotrzeć do wielu milionów ludzi, do których w inny sposób nie miałabym szans dotrzeć.
W ten sposób można innych poruszyć, dać im do myślenia. Chcę wierzyć, że dzięki temu zmienią się na lepsze.
Twoja osobista historia jest wyjątkowa. Wychowałaś się w miejscowości Wahat as-Salam/Newe Szalom, czyli w Oazie Pokoju, która powstała w drugiej połowie lat 70. Co szczególnego w tym miejscu?
Za każdym razem, jak wpisuję nazwę "Neve Shalom" [pisownia angielska - red.], autokorekta zmienia ją na "Never Shalom" (śmiech). Jest to miejscowość położona na ziemiach należących do klasztoru trapistów na wzgórzu Latrun, między Tel Awiwem-Jafą a Jerozolimą.
Po wojnie sześciodniowej w 1967 roku teren ten został uznany za niezamieszkany, ponieważ należał do zakonu. Tak było do momentu, gdy zwrócił na niego uwagę ojciec Bruno Hussar - egipski Żyd, który zamieszkał w Ziemi Świętej, przyjął chrześcijaństwo i wstąpił do zakonu dominikanów.
Wyszedł z ideą, żeby na części tych ziem stworzyć przestrzeń, w której obok siebie mieszkaliby chrześcijanie, żydzi oraz muzułmanie. Gdy pierwsze rodziny zaczęły się tu osiedlać [w 1978 roku - red.], stwierdzono, że w tym dialogu nie chodzi wcale o trzy religie, ale o dwa narody: Palestyńczyków - którzy są chrześcijanami lub muzułmanami - oraz o Żydów.
Moi rodzice przeprowadzili się tu w latach 90. po podpisaniu porozumień z Oslo. Wówczas pojawiła się ogromna fala nadziei na pokój, ale z czasem przekonaliśmy się, że wszystko potoczyło się w zupełnie innym kierunku. Mam jednak wrażenie, że po zamieszkaniu w Newe Szalom moje dzieciństwo diametralnie się zmieniło. To, co stało się dla mnie normalnością, dla świata spoza Newe Szalom - dalszej rodziny, pozostałej części społeczeństwa - pozostaje czymś bardzo dziwnym.
Terroryści z Hamasu 7 października 2023 roku dokonali serii ataków na terytoria izraelskie, co było bezpośrednią przyczyną wojny Izraela w Strefie Gazy. Czy relacje między Żydami a izraelskimi Arabami mieszkającymi w Newe Szalom zmieniły się po tych atakach?
Ważne jest to, że niezależnie od jakichkolwiek ekstremalnych wydarzeń, Newe Szalom zawsze pozostaje pewnego rodzaju bańką normalności w porównaniu do tego, co dzieje się poza nią. Razem z mężem mieszkamy na co dzień w Jafie [dzielnica Tel Awiwu]. Tego poranka, gdy rozległy się syreny alarmowe, szybko zrozumieliśmy, że dzieje się coś bardzo złego. Ruszyliśmy od razu do Newe Szalom - wiedzieliśmy, że tam będzie przynajmniej o wiele spokojniej niż w innych miejscach, zamieszkanych wspólnie przez Żydów i Arabów.