W drugiej połowie lipca pojawiła się informacja, że ruszają zdjęcia do filmu, który ma być adaptacją najnowszej powieści Katarzyny Grocholi "Właśnie że tak. Nigdy w życiu! 20 lat później". W mediach społecznościowych z entuzjazmem przyjęto fakt, że w roli Judyty Kozłowskiej ponownie zobaczymy Danutę Stenkę, która podbiła serca milionów w filmie "Nigdy w życiu!". Natomiast w roli Adama - partnera głównej bohaterki - pojawi się Artur Żmijewski.
Komedia w reżyserii Ryszarda Zatorskiego z 2004 roku była pierwszą adaptacją prozy Grocholi. To historia Judyty Kozłowskiej - redaktorki jednego z pism kobiecych. Pewnego dnia jej mąż Tomasz (w tej roli Jan Frycz) oznajmia, że odchodzi do młodszej kobiety. Judyta i jej 15-letnia córka Tosia (Joanna Jabłczyńska) muszą się wyprowadzić z mieszkania, a kobieta postanawia zbudować dom pod Warszawą.
Dlaczego Polacy pokochali "Nigdy w życiu!"
Widzowie pokochali "Nigdy w życiu!". Jak mówi dziennikarz i krytyk filmowy Marcin Radomski, film stał się w polskiej kulturze fenomenem, bo dobrze uchwycił swój czas, czyli początek XXI wieku.
- Książka, a następnie film, opowiadają o rozwodzie, samodzielności kobiet, układaniu sobie życia na nowo i nowym modelu rodziny. To właśnie wtedy o tych kwestiach zaczęto w Polsce otwarcie mówić - wyjaśnia autor podcastu Polskiego Radia "Kultowe polskie komedie".
Podobnego zdania jest dziennikarka Chilli Zet i reporterka "Dzień Dobry TVN" Alicja Myśliwiec. - Mieliśmy do czynienia z mocno wyemancypowaną bohaterką. Samo to, że otrzymaliśmy kobietę, która sobie radzi po rozwodzie, było czymś odważnym. Judyta nie jest bohaterką, którą musi ratować jakiś mężczyzna. Od początku buduje siebie, swoje życie i dopiero potem pojawia się miłość. W końcu Judyta była pierwszą samotną matką w polskiej popkulturze - podkreśla dziennikarka.
Choć od premiery "Nigdy w życiu!" minęły już 22 lata, film pozostaje aktualny, ponieważ - jak zwraca uwagę Myśliwiec - jest "historią o emancypacji bez straszenia emancypacją".
Jak dodaje, fenomen filmu polega również na tym, że "jest pierwszą w Polsce produkcją, wokół której powstał fandom na taką skalę". - Było to widać, kiedy powstawała kolejna ekranizacja przygód Judyty - "Ja wam pokażę" z Grażyną Wolszczak w roli głównej. Fani jak niepodległości bronili tego, że tylko Danuta Stenka może być Judytą - zwraca uwagę Myśliwiec.
Tosia jest tylko jedna?
Nic więc dziwnego, że tym razem bardzo entuzjastycznie przyjęto powrót Danuty Stenki do tej roli. Jednocześnie słychać było plotki, że w obsadzie pojawią się także inne aktorki i aktorzy, których znamy z "Nigdy w życiu!". Z dotychczasowych informacji wynika jednak, że do swoich postaci z pierwszego filmu wrócą jedynie Stenka i Żmijewski.
Joanna Jabłczyńska, czyli Tosia z pierwszego filmu, poinformowała w ubiegłą środę, że tym razem jej nie zagra. - Bardzo czekałam na tę rolę, uważałam wręcz, że to zdecydowany pewniak - wyznała w rozmowie z Plotkiem.
Kilka dni później opublikowała wideo, w którym zdradziła kolejne szczegóły. - Żeby nikt wam kitu nie wciskał, cieszę się, że jestem już w takim momencie w swoim życiu, że powiem to wprost, niezależnie od tego, jakie będą konsekwencje. (...) Byłam na spotkaniu z reżyserem. Były ze mną wstępnie ustalane terminy nagrań. Poznałam potencjalnego mojego partnera do grania w filmie. Następnie otrzymałam telefon, że podmiot, który wykłada bardzo duże pieniądze na najnowszą produkcję, ma swoją kandydatkę na Tośkę - opowiadała Jabłczyńska. I skwitowała, że "pozostaje nam godnie pożegnać Tośkę".
Anna Wichłacz, producentka powstającego filmu, w rozmowie z Pudelkiem powiedziała, że do castingu do roli Tosi zaproszono sześć aktorek, w tym Jabłczyńską. - To był wybór sześciu najlepszych do tej roli według nas, według reżysera i produkcji. Pani Jabłczyńska też była na tym castingu. Została wybrana inna aktorka - tłumaczyła Wichłacz. Jabłczyńska twierdzi, że nie wiedziała, że był to casting, a cała sytuacja została jej przedstawiona inaczej.
Spór o obsadę czy walka o wspomnienia?
Ten brak w obsadzie oburzył fanów "Nigdy w życiu!". W końcu, jak zauważa Radomski, mówimy o postaci "która dla wielu ma twarz Joanny Jabłczyńskiej". - Wiele osób nie wyobraża sobie, że ktoś inny może się w nią wcielić. Myślę, że stąd wynika również pewien smutek, rozgoryczenie samej aktorki, że nie dostała tej roli. Trzeba jednak pamiętać, że dana postać nie jest na zawsze przypisana do jednej aktorki - podkreśla dziennikarz.
Radomski nie chce komentować samego sporu między aktorką a produkcją filmu. - Mamy dwie wersje wydarzeń. Producenci mówią, że był casting, do którego zaproszono sześć aktorek. Jabłczyńska mówi, że sytuacja wyglądała inaczej. Nie znamy jednak szczegółów relacji między aktorką i produkcją - zwraca uwagę.
Przypomina też, że trudno dyskutować z decyzjami castingowymi, które należą do producentów, reżyserów i reżyserów castingu. - To oni z jakichś konkretnych powodów angażują taką a nie inną obsadę. W przypadku kontynuacji danego filmu najczęściej wraca tylko główny aktor lub aktorka. W pozostałej części obsady zdarza się tak, że po prostu z różnych powodów nie pasują już do danej postaci - mówi dziennikarz.
Dla Alicji Myśliwiec konflikt wokół obsady nowej ekranizacji powieści Grocholi jest "niezmiernie ciekawy", bo nie jest tylko "aferą o casting czy postać".
To spór, który dotyka tego, kto po 20 latach ma prawo do kulturowej pamięci. Z jednej strony twórcy mają prawa do filmu, ale z drugiej - publiczność zdążyła stworzyć własną wersję, własne znaczenia. Dla rzeszy fanów Tosia nie jest tylko postacią wymyśloną przez Katarzynę Grocholę, ale również częścią ich własnych historii, które cały czas przeżywają.Alicja Myśliwiec
Agnieszka Żulewska w ogniu krytyki
W ubiegłym tygodniu pojawiła się niepotwierdzona przez produkcję informacja, że rolę Tosi powierzono Agnieszce Żulewskiej - wybitnej aktorce, znanej głównie z ról dramatycznych. Żulewska zachwyciła już w takich tytułach jak "Chemia", "Cicha ziemia" czy "Wielka woda".
Po pojawieniu się licznych negatywnych komentarzy w związku z tymi doniesieniami, Żulewska zmieniła ustawienia swoich profili w mediach społecznościowych na prywatne. - To sytuacja, w której Żulewska nigdy nie powinna się znaleźć. Nie może być zgody na falę hejtu tylko dlatego, że aktorka wygrała casting. Przecież producenci mają absolutne prawo do decydowania, z kim chcą pracować. Dlaczego Żulewska ma się z tym konfrontować? - mówi Myśliwiec.
- Publiczność nie może reżyserować filmu - przekonuje dziennikarka. - Lawirowanie między nostalgią a reinterpretacją znanej już historii jest bardzo trudnym wyzwaniem. Publiczność chce rekonstrukcji, twórcy - nowej wersji historii. Natomiast twórcy mają swoją autonomię, która polega na tym, że podejmują decyzję i biorą za nie artystyczną odpowiedzialność. Publiczność może ich ewentualnie z tego rozliczyć, ale dopiero po tym, jak pójdzie do kin i zobaczy gotowy film - przypomina.
Po tym, jak Jabłczyńska poinformowała, że zna nazwisko aktorki, która zastąpi ją w roli Tosi, pojawiła się fala spekulacji. Wśród domysłów pojawiło się nazwisko Doroty Szelągowskiej - córki Katarzyny Grocholi, która była pierwowzorem tej postaci.
- Pomysł, że to Dorota miałaby zagrać Tosię, spotkał się z oburzeniem, bo jedynie Jabłczyńska może być Tosią. Z perspektywy socjologicznej ta postać przestała należeć już do twórców i została sprasowana z aktorką, jakby jedyną możliwą Tosią mogła być Joanna Jabłczyńska. Oczywiście, że publiczność ma prawo do walki o wspomnienia, ale tu ocieramy się już o absurd - mówi Myśliwiec.
- Kino, popkultura uczą nas bardzo specyficznej relacji z postaciami. Czasem aktorzy się starzeją, postaci dorastają, świat się zmienia, a widzowie nadal chcą wierzyć, że emocjonalna tożsamość tej historii pozostaje bez zmian. Wymiana aktora odbierana jest dramatyczniej niż zmiana scenariusza. Scenariusza nie widzimy, a twarz pamiętamy - przekonuje autorka audycji "Dobrze zmontowane".
Redagowała Katarzyna Guzik