BitterSweet Festival 2026. Wielkie koncerty i organizacyjna lekcja do odrobienia

Gorillaz na BitterSweet Festival
"BitterSweet Festival 2025 Aftermovie"
Źródło wideo: BitterSweet Festival
Źródło zdj. gł.: fot. H. Grygielewicz / BitterSweet Festival / Good Taste Production
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
W nocy z soboty na niedzielę BitterSweet Festival 2026 zamknął swoje bramy. Muzycznie było doskonale. Organizacyjnie - gorzej. A jednak pierwsza pula karnetów na przyszły rok wyprzedała się w cztery minuty.

BitterSweet Festival 2026 w Poznaniu za nami. Impreza, która swój program buduje na muzycznej nostalgii, z łatwością przyciągnęła do Parku Cytadela kilkudziesięciotysięczny tłum. Organizatorom udało się ściągnąć gwiazdy, które w Polsce pojawiają się bardzo rzadko: Lorde, Gorillaz, Rita Ora, Twenty One Pilots, Ciara czy Robbie Williams - to tylko część z nich. I każde z nich dało na głównej scenie znakomity koncert. Na pozostałych trzech scenach wcale nie było gorzej. Chociaż nie zobaczyłem wszystkiego - to niewykonalne, bo część wydarzeń się ze sobą pokrywa - to w ogólnym rozrachunku kiepski koncert mi się nie przydarzył.

Gorillaz na BitterSweet Festival
Gorillaz na BitterSweet Festival
Źródło zdjęcia: fot. H. Grygielewicz / BitterSweet Festival / Good Taste Production

Król rozrywki jest jeden

- Polska! Sprawiacie, że wasz kraj jest z was dumny - ocenił na finał swojego występu fenomenalny Robbie Williams. W jego słowach kryło się coś więcej niż próba przypodobania się publiczności. Williams świetnie spuentował to, co często powtarzało się przez te trzy dni: artyści byli zachwyceni zaangażowaniem polskiej publiczności. Zgromadzony przed BitterSweet Stage wielotysięczny tłum żywo reagował na najróżniejsze pomysły poszczególnych gwiazd. A tych nie brakowało. Podczas koncertu Jessie J dwie fanki dostały szansę zaśpiewania z wokalistką. Twenty One Pilots zaprosili Kornela, jednego z pracowników ochrony, żeby zaśpiewał z zespołem jeden z refrenów. Słowa zachwytu nad Polską - bądź Poznaniem - pojawiały się niemal na każdym koncercie zagranicznej gwiazdy. Było to bardzo przyjemnym akcentem.

W nawiązywaniu kontaktu z publicznością najlepszy był Robbie Willimas. Od samego początku koncert przypominał bardziej wieczór muzyczno-komediowy niż występ super gwiazdy pop. - Nie robię tego dla popularności czy pieniędzy. Jestem tatą czworga dzieci i muszę uciekać z domu. To k******o męczące - żartował w swoim stylu.

Podczas jednej z piosenek podszedł do jednej z fanek - Mai, stojącej z transparentem o treści "Hej Robbie! Moja mama cię kocha". Po krótkiej wymianie zdań, Brytyjczyk trzymał telefon kobiety, która właśnie wybrała numer do swojej mamy - Kasi. Można się tylko domyślać, co przeżyła Kasia, do której zadzwonił jej idol i wraz z festiwalowym tłumem zaśpiewał dla niej piosenkę. Mnie było trudno powstrzymać wzruszenie.

Poczucie humoru, taniec i undergroundowy klub

Williams nie był jedynym, który zachwycał poczuciem humoru. Bo również Jessie J od początku nadała żartobliwy ton swojej komunikacji z fanami. Zaproponowała na przykład kilka zasad panujących w trakcie koncertu. Wśród nich był apel: "nie umiesz śpiewać? Śpiewaj trochę ciszej, bo później oglądam wideo w sieci i widzę siebie z czyimś głosem, a to nie fair".

Grająca pierwszego dnia Lorde zafundowała publiczności wyjątkowe widowisko konceptualne. Kto zna jej twórczość, ten wie, że za jej poszczególnymi wydawnictwami kryje się konkretny koncept, podobnie jest z trasami koncertowymi. Jej aktualna trasa, w ramach której przyjechała do Polski, oparta jest na bardzo surowej, minimalistycznej, klubowej estetyce. Scenografia ograniczała się w zasadzie do kilku czarnych skrzyń i świetnej architektury światła, które budowały atmosferę. Dwójka tancerzy idealnie wpisywała się w cały pomysł.

Nowozelandka szybko wciągnęła tłum we wspólną imprezę, serwując nie tylko swoje największe hity, ale też kilka numerów z ubiegłorocznego krążka "Virgin". Na scenie było bardzo zmysłowo, cieleśnie, tanecznie a jednocześnie nie brakowało chwytających za gardło momentów, takich jak "Liability" czy "David".

Świetne taneczne show dała w sobotę Ciara. Amerykanka, określana jako "księżniczka crunku" do Polski przyleciała po raz pierwszy. A zatem po raz pierwszy mieliśmy okazję usłyszeć na żywo jej największe hity, w tym: "Get Up", "Goodies" czy "Level Up".

Organizacyjna lekcja do odrobienia

Chociaż muzycznie BitterSweet Festival budzi wyłącznie słowa uznania, to organizacyjnie pozostawia wiele do życzenia. Organizatorzy muszą szybko wyciągnąć wnioski i odrobić kilka lekcji przed przyszłoroczną edycją..

Chociaż wielu zapewne by sobie tego życzyło to BitterSweet Festival nigdy nie będzie imprezą na skalę Open'era,. Przede wszystkim dlatego, że w Poznaniu nie ma przestrzeni, która mogłaby pomieścić 70 tysięcy osób, a taki tłum bawił kilka tygodni temu na gdyńskim lotnisku Kosakowo.

Park Cytadela jest najpiękniejszą polską lokalizacją festiwalową, ale nie mam przekonania, że przy takiej liczbie osób, jaka pojawiła się na tegorocznej edycji jest to najbardziej właściwe miejsce na organizację tego wydarzenia. Nie chodzi nawet o wszechobecne kolejki, niedociągnięcia w oznakowaniu poszczególnych tras czy ograniczenia dla osób z niepełnosprawnościami. Chodzi o poważne ryzyka związane z bezpieczeństwem. Na całe szczęście nic się nie wydarzyło, ale były momenty, w których najmniejsza zbiorowa panika mogłaby przerodzić się w tragedię. Parkowe alejki - nawet przy wprowadzeniu ruchu jednokierunkowego, który był zmieniany w ramach potrzeb - są za wąskie na to, żeby kilka tysięcy osób mogło bezpiecznie i komfortowo przejść z jednej sceny na drugą.

Organizatorzy od początku komunikowali fakt, że festiwal w całości został wyprzedany. Z nieoficjalnej rozmowy z jednym z przedstawicieli organizatorów wiem, że sprzedano 30 tysięcy karnetów oraz 10 tysięcy biletów na pojedynczy dzień. A zatem każdego dnia było mniej więcej 40 tysięcy osób. Organizatorzy nie byli jednak przygotowani na to, żeby sprawnie zarządzać takim tłumem. Mam wrażenie, że w przyszłym roku BitterSweet powinien zmniejszyć liczbę sprzedawanych biletów albo zmienić lokalizację. Ta przestrzeń ma swoje ograniczenia, na które organizatorzy nie mają żadnego wpływu. Ryzykowanie bezpieczeństwem uczestników w myśl zasady "jakoś to będzie" jest co najmniej nieodpowiedzialne.

BitterSweet Festival ma szansę stać się najlepszym polskim festiwalem miejskim, ale po dwóch edycjach organizatorzy powinni w wielu kwestiach wyciągać wnioski i uczyć się od bardziej doświadczonych graczy na polskim rynku. Choćby na polu współpracy z mieszkańcami, tak jak to robi białostocki Up To Date Festival, angażując się w dialog i wychodząc na przeciw potrzebom lokalnej społeczności. W końcu dla części z okolicznych mieszkańców festiwal muzyczny w sąsiedztwie jest obciążeniem.

Nigdy nie będzie idealnie, nigdy nie zostaną zaspokojone potrzeby wszystkich zainteresowanych. Ale na pewno jest jeszcze przestrzeń na dialog i kompromisy. Nie wyobrażam sobie, że Poznań miałby stracić kolejne kluczowe wydarzenie kulturalne, tak jak przed dekadą stracił Transatlantyk Festival.

Źródło: tvn24+
Czytaj także: