"Jeszcze będzie pięknie" - tymi słowami odwołany ze stanowiska Aleksander Miszalski odpowiedział na nagranie prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, w którym ten odniósł się do krakowskiego referendum. - Trudno oceniać prezydenta zaledwie po dwóch latach sprawowania mandatu, zwłaszcza, jeżeli odziedziczył tak olbrzymi dług po swoim poprzedniku - powiedział prezydent stolicy. I zwrócił się do odwołanego prezydenta Krakowa: - Słuchaj, w polityce zdarzają się bardzo dotkliwe porażki, a człowieka poznaje się po tym, jak sobie z nimi radzi.
- Mieszkańcy Krakowa podjęli decyzję. Przyjmuję tę decyzję z szacunkiem i z pokorą. Ostatnie miesiące to były miesiące bardzo ciężkiej, intensywnej pracy. Wiem, że nie wszystkie decyzje, które podejmowałem, spotykały się ze zrozumieniem i z akceptacją wszystkich - tymi słowami Miszalski pożegnał się z Krakowianami w nagraniu zamieszczonym na Facebooku.
"Początek wielkiej fali" czy "sprawa lokalna"?
Pytanie, czy lokalne awantury o strefę czystego transportu, podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej i zadłużenie miasta da się oderwać od sporów ogólnopolskich. Czy to, że Koalicja Obywatelska oddała w drugim największym mieście w kraju władzę przed upływem połowy kadencji, jest pierwszym ciosem w rozpoczętej przedwcześnie kampanii do wyborów parlamentarnych, które mają odbyć się w przyszłym roku. I czy po Krakowie przyjdzie czas na inne miasta, bo prawica od razu po zamknięciu lokali wyborczych obwieściła ustami m.in. prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, że "to dopiero początek".
- To jest początek wielkiej fali, która przetoczy się przez Polskę i zakończy się odejściem samego Tuska - precyzował w poniedziałek w Krakowie poseł Przemysław Czarnek, który ma być kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na premiera. W podobnym tonie wypowiadają się politycy Konfederacji.
O ewentualnym referendum mówi się np. w Kielcach, gdzie pierwszą kadencję rządzi Agata Wojda - podobnie jak Miszalski, przedstawicielka młodego pokolenia polityków KO. A lokalna opozycja w Rzeszowie już zapowiedziała złożenie wniosku o referendum w sprawie odwołania prezydenta stolicy Podkarpacia Konrada Fijołka - bezpartyjnego, ale popieranego przez KO. Padają pytania o to, czy podobnie będzie na przykład we Wrocławiu, Poznaniu czy Gdańsku. A w końcu także w Warszawie.
Niektórzy politycy Koalicji Obywatelskiej przekonują, że to, co stało się w Krakowie, jest incydentem o lokalnym zasięgu. Twierdzą, że historyczna porażka samorządowca z ich partii nie przełoży się znacząco na nastroje w innych częściach Polski.
- Jest to sprawa lokalna, bo mamy czynnik lokalny, o którym nie możemy zapominać, czyli zaangażowanie Łukasza Gibały i wsparcie kampanii referendalnej jego pieniędzmi. Co więcej, proces obrzydzania Krakowianom Aleksandra Miszalskiego trwał rok. To była przygotowania kampania. A strefa czystego transportu była błędem, który podpalił emocje społeczne - ocenił w rozmowie z tvn24.pl Dominik Jaśkowiec, poseł Koalicji Obywatelski, były przewodniczący krakowskiej rady miasta.
- Ta sytuacja w żaden sposób nie przełoży się na inne miasta - stwierdził Jaśkowiec. Podobnego zdania jest obecny szef rady miasta, Jakub Kosek z KO. - Będzie taka próba ze strony środowisk prawicowych, natomiast nie wieszczę im sukcesów. Z bardzo prostej przyczyny: w innych miastach nie ma osoby, która od kilkunastu lat metodycznie stara się obrzydzić każdego przeciwnika politycznego tylko po to, by w końcu wygrać wybory - stwierdził Kosek, odnosząc się do Łukasza Gibały.
Łukasz Gibała to lider opozycyjnego ugrupowania Kraków dla Mieszkańców, dawny parlamentarzysta PO. W części to on finansował w kampanii referendalnej treści uderzające w Aleksandra Miszalskiego, choć oficjalnie z komitetem inicjatorów referendum nie miał nic wspólnego. W ostatnich wyborach samorządowych Gibała o włos przegrał rywalizację z Miszalskim w drugiej turze. Był to jego trzeci przegrany wyścig o prezydenturę. W przedterminowych wyborach lider Krakowa dla Mieszkańców jest jednym z faworytów.
Liczyli, że bojkot wystarczy. Będzie zmiana strategii?
Krakowski radny KO Tomasz Daros przekonuje, że "takie osoby (jak Łukasz Gibała - red.) nie występują w innych samorządach". - Proszę zwrócić uwagę na rozmach kampanii referendalnej, na jej profesjonalizm - powiedział polityk. - Więc czemu się nie broniliście? - spytaliśmy, nawiązując do ogłoszonego przez prezydenta Miszalskiego bojkotu referendum. - Trudno tonować nastroje i przekonywać do niegłosowania w referendum poprzez plakaty wyborcze. To by było kontrskuteczne - zaznaczył Daros.
Politycy KO liczyli, że nie uda się osiągnąć progu ważności krakowskiego referendum. Pomylili się - ale tylko połowicznie, bo głosowanie dotyczące Aleksandra Miszalskiego okazało się ważne, a to dotyczące rady miasta - nie. Gdy pytamy o błędy popełnione w kampanii referendalnej, osoby związane z Koalicją przyznają, że takie były. I przypominają choćby o niepopularnej strefie czystego transportu. Ale gdy tylko postawią kropkę, w kolejnym zdaniu wskazują na specyfikę referendum odwoławczego i na postać Łukasza Gibały. To stały schemat w komentarzach polityków partii Donalda Tuska.
Weronika Smarduch, posłanka KO z Małopolski, oceniła, że siły nawołujące do odwoływania samorządowców mają większą zdolność mobilizowania elektoratu. - Stąd też podejmuje się decyzję, żeby po prostu nie brać w tym udziału. To jest łatwiejsza strategia do realizacji. Natomiast jeżeli prawica zorientuje się, że przy tak niskiej frekwencji nie ma zdolności wygrywania wyborów w dużych miastach, ale ma zdolność do tego, żeby zmobilizować swój elektorat i odwołać prezydenta, to na pewno będą to wykorzystywać - powiedziała Smarduch. I dodała:
- Wtedy trzeba się będzie zastanowić nad zmianą strategii. Być może ona musi się zmienić i nasi wyborcy, których jest z reguły więcej w dużych miastach, będą musieli wziąć w obronę takiego prezydenta - oceniła posłanka KO.
- Założono, że w Krakowie, podobnie jak w innych dużych miastach Polski, wystarczy namówić wyborców, żeby nie poszli na referendum. Tylko że Kraków jest trochę inny, ma największy prawicowy elektorat wśród największych dużych miast. Gdyby przyjęto inną taktykę i udało się zmobilizować elektorat do głosowania przeciwko odwołaniu, udałoby się obronić prezydenta - ocenił poseł Dominik Jaśkowiec. - Sprowadzono Kraków do takiego samego miasta jak Poznań, Łódź czy Warszawa. Nie zauważono specyfiki miasta - dodał.
Radny Tomasz Daros przekonuje jednak o słuszności przyjętej strategii. - Tylko dwa procent osób, które poszło do referendum, broniło prezydenta. Czyli nasz komunikat do osób, które popierały pana prezydenta, był skuteczny - zaznaczył.
Posłanka Weronika Smarduch zwróciła uwagę, że frekwencja w referendum była niższa niż liczba głosów oddanych w drugiej turze wyborów prezydenckich na Karola Nawrockiego. - Nie widać tego efektu przekroczenia albo przynajmniej dobijania do poziomu poparcia Prawa i Sprawiedliwości - oceniła posłanka.
Z drugiej strony za odwołaniem Miszalskiego opowiedziało się znacznie więcej osób niż głosowało na niego w drugiej turze przed dwoma laty. Aleksander Miszalski otrzymał w wyborach niespełna 134 tysiące głosów. Teraz czerwoną kartkę otrzymał od ponad 170 tysięcy wyborców.
Wojna na gazetki i SokzBuraka
Jak KO próbowała zniechęcić do głosowania? W mieście pojawiły się na przykład niepodpisane przez nikogo gazetki - część atakowała Łukasza Gibałę i skrajną prawicę, a część informowała o sukcesach prezydenta. Miasto znacząco zwiększyło też nakład miejskiego biuletynu, w którym chwalono Miszalskiego. Własnymi propagandowymi gazetkami posługiwali się też przeciwnicy prezydenta.
Według analizy stowarzyszenia Demagog, w mediach społecznościowych profile takie jak SokzBuraka przeprowadziły "skoordynowaną akcję zniechęcania wyborców do udziału w referendum". Autorzy propagandowych grafik nieraz przekazywali nieprawdę albo atakowali poszczególnych przeciwników prezydenta Krakowa. Lokalni działacze opozycji wskazywali, że to niedopuszczalna zagrywka ze strony sympatyków KO.
- Nie mam żadnego kontaktu z ludźmi z SokuzBuraka, trudno mi to komentować. Włączały się w tę kampanię różne obozy i każdy mógł opowiadać, co chciał. Moim zdaniem przyczyną (przegranego referendum - red.) jest to, że nie udało nam się dobrze rozpropagować naszego sposobu wyjaśnienia pewnych kwestii. Plus oczywiście błędy, które popełniliśmy. Każdy popełnia błędy - powiedział nam Jakub Kosek. Dodał, że jego zdaniem "nie wszystkie zarzuty, które kierował komitet referendalny i Łukasz Gibała, były prawdziwe".
Kosek podkreślił, że przeciwnicy Aleksandra Miszalskiego nie byli zainteresowani poważną debatą. - Byliśmy gotowi do debaty z Janem Hoffmanem (inicjatorem referendum - red.). Wiem, że były takie propozycje, tylko druga strona nie chciała tych debat - powiedział szef rady miasta.
Jan Hoffman przed referendum informował o czymś zupełnie odwrotnym. Podkreślał, że to prezydent Miszalski nie przyjmuje zaproszenia na debatę. Z kolei polityk KO odpowiadał, że intencją jego przeciwników jest wciągnięcie go do "politycznego piekiełka". Zwracał uwagę, że sam spotyka się z mieszkańcami m.in. na tak zwanych "ławkach dialogu".
W kręgach związanych z KO słychać głosy, że prezydent Miszalski został odwołany za błędy popełniane w głównej mierze przez jego współpracowników. - Ale to była jego decyzja, by się nimi otaczać. Stał się kozłem ofiarnym, obarczonym winą za kryzys - wskazuje była wieloletnia radna PO Małgorzata Jantos, współzałożycielka tej partii w Krakowie, która w 2015 roku odeszła z Platformy. Obecnie nie jest aktywna politycznie. - Aleksandrowi Miszalskiemu zabrakło kija, którym odganiałby się od wilków. Jednak zgodził się na takich współpracowników. Odpowiada za wszystko - powiedziała Jantos.
Czy w małopolskich strukturach KO szykuje się trzęsienie ziemi? - Naszym najważniejszym zadaniem jest to, aby mieszkańcy Krakowa czuli się bezpiecznie, aby miasto były sprawnie zarządzane i żeby sprawnie przeprowadzić przedterminowe wybory. To, co dzieje się w partii, ma teraz drugorzędne znaczenie. Na takie rozmowy przyjdzie jeszcze czas - podkreśliła w rozmowie z tvn24.pl Weronika Smarduch.
Na razie w kręgach Koalicji Obywatelskiej mówi się o czterech nazwiskach potencjalnych kandydatów w przedterminowych wyborach, które mają odbyć się w sierpniu. To charge d'affaires Polski w USA Bogdan Klich, poseł Paweł Kowal, senator Monika Piątkowska, europoseł Bartłomiej Sienkiewicz. Po tym, jak premier poinformował, że komisarzem w Krakowie będzie dotychczasowy wiceprezydent miasta Stanisław Kracik, pojawiły się głosy, że również on może być rozważany jako potencjalny kandydat.