TVN24 | Kraków

Dziecko rzuca się na szyję i krzyczy "tatuś nie idź". Idą, bo zawsze szukają pod ziemią żywych

TVN24 | Kraków

Autor:
wini//rzw
Źródło:
TVN24 Kraków
Małgorzata Marczok o reportażu "Schodzimy do piekła"
Małgorzata Marczok o reportażu "Schodzimy do piekła"TVN24
wideo 2/6
marczok 1

Ratownicy górniczy zawsze schodzą pod ziemię z myślą, że idą po żywych. Na powierzchni zostają najbliżsi, pełni strachu o los ojców, mężów i braci. Z żonami ratowników, którzy zginęli podczas akcji ratunkowej w kopani Pniówek rozmawiała Małgorzata Marczok. O tym, jak powstawał jej reportaż "Schodzimy do piekła", opowiadała w niedzielę na antenie TVN24.

Jak podkreśliła reporterka TVN24 Małgorzata Marczok, starała się "pokazać ludzi, którzy decydują się na ten niezwykły wyczyn i schodzą tam, skąd inni uciekają". - Poznaliśmy ratowników górniczych, mężczyzn, którzy maja niezwykłą pasję do tego, co robią, i niezwykłą życiową odwagę. Trzeba ją mieć, jeśli chodzi się pod ziemię na 1000 lub 1200 metrów, do warunków, które naprawdę przypominają piekło. Wysoka temperatura, bardzo trudne warunki, i przede wszystkim nie zawsze gwarancja tego, że będzie bezpiecznie. – podkreśla Marczok. I dodaje: - Ci mężczyźni ryzykują własne życie po to, żeby walczyć o życie innych. Ich dewiza, że zawsze idą po żywych, to nie tylko hasło, które zagrzewa ich do walki, ale przede wszystkim ich wiara w to, że zawsze jest tam ktoś, kto może na nich czekać.

Obejrzyj reportaż Małgorzaty Marczok "Schodzimy do piekła" w TVN24 GO >>>

Ratownicy, z którymi rozmawiała dziennikarka, zapewniają, że nie wybraliby innego zawodu. Bo chociaż jest ekstremalnie trudno, to udana akcja ratunkowa wynagradza wszystko. - Dla tej chwili, kiedy spotyka się tam na dole żywą osobę, wszystko warto zaryzykować – tłumaczy Marczok.

Ratownicy ryzykują własne życie

Dziennikarka mówi, że chociaż ratownicy górniczy sami siebie nie nazywają bohaterami, to tak właśnie należy ich określać.

- Bohater ryzykuje własne życie, ale nie jest sam. Zawsze za nim stoi rodzina, zawsze stoi żona, która się martwi, zawsze stoją dzieci, które zależnie od wieku nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, co robi tata. Te momenty, kiedy jest wezwanie, coś się dzieje, są dla rodzin najtrudniejsze. Trzeba pamiętać, że kiedy jest naprawdę duża akcja, to ona jest relacjonowana w mediach. Włączasz telewizor i widzisz na pasku, że siedem osób jest zaginionych, trwa akcja ratownicza, a twój mąż, brat, syn schodzi pod ziemię i ryzykuje własne życie – mówi autorka reportażu "Schodzimy do piekła".

Czytaj też: Wypadek w kopalni Pniówek. Pięć osób nie żyje. Poszukiwanych jest siedem osób. Prezydent Andrzej Duda na miejscu tragedii

"Tatuś, nie idź"

Każda akcja to niepokój dla najbliższych. - To dramat dla rodziny i naprawdę trudne chwile. W reportażu są opowieści bliskich, którzy mówią, jak to przezywają. Sami ratownicy mówią, że najtrudniejszy jest moment, kiedy dziecko rzuca się na szyję i mówi "tatuś, nie idź". I wtedy muszą podjąć tę bardzo trudną decyzję – opowiada Marczok.

Każdy ratownik składa ślubowanie, że nie będzie szczędził sił, żeby dotrzeć do zaginionych. I w istocie tych sił nie szczędzą, a czasem ponoszą za to najwyższą cenę. Marczok rozmawiała z żonami ratowników, którzy zginęli podczas akcji w kopalni Pniówek. – Ta świadomość, że ich mąż był bohaterem, bo zaryzykował własne życie, żeby uratować czyjeś, to jest dla nich jakieś pokrzepienie, ale nie zapełni tej ogromnej pustki – mówi reporterka.

Zaślepka materiału TVN24GO
Schodzimy do piekła
Materiał jest częścią serwisu TVN24 GO

Autor:wini//rzw

Źródło: TVN24 Kraków

Źródło zdjęcia głównego: JSW / Dawid Lach

Pozostałe wiadomości