Został pobity przez ojca dziewczynki, którą ratował. "Nie myślałem o bólu, najważniejsze było dobro dziecka"

Katowice

Aktualizacja:
Maciej Skóra/ Bartosz RejmoniakRatownik jest w szpitalu, na zdjęciu w rozmowie z reporterem TVN24

Dostał wezwanie do 2-letniej dziewczynki. W trakcie interwencji został... pobity do nieprzytomności przez ojca. Mimo potężnego ciosu w twarz ocknął się i dalej pomagał dziecku. Teraz sam leży w szpitalu. Napastnik twierdzi, że nie pamięta, co się stało, a o wszystkim dowiedział się z mediów i od sąsiadów.

Wszystko wydarzyło się w miniony czwartek wieczorem przy ul. Tatarkiewicza w Zabrzu. Pogotowie wezwał 34-letni ojciec. Jego 2-letnia córka miała drgawki. Była w bardzo poważnym stanie, zagrażającym życiu.

Już dzwoniąc po pomoc, ojciec był bardzo agresywny, rozmawiając z dyspozytorem, ciągle przeklinał.

"Został znokautowany"

- Dyspozytorka natychmiast wysłała zespół ratowników medycznych. Był na miejscu po czterech minutach. Lekarz i ratownik pobiegli do dziecka. Drugi ratownik wyciągał sprzęt i w tym momencie został znokautowany przez ojca dziecka - relacjonuje dyrektor katowickiego Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego, Artur Borowicz.

I dodaje: - Ocknął się po trzech minutach, nie pamiętając dokładnie, co się stało. Wszystkie czynności ratunkowe zostały dokończone, a dziecko zostało przewiezione do Śląskiego Centrum Pediatrii.

Pobity ratownik ma złamaną szczękę oraz wybite zęby. Z tego powodu ma problemy z wymową. Dyrektor WPR przyznaje, że mimo pobicia nie było czasu na to, by wzywać drugą karetkę, a wszystko działo się bardzo szybko. Dlatego reanimację dziecka wykonywał inny ratownik.

"Poniosły go nerwy"

Dopiero później na miejsce wezwano policję. 34-letniego ojca przesłuchano i zwolniono. Jest dobrze znany funkcjonariuszom - był już zatrzymywany w związku z kradzieżami.

- Sprawca zdarzenia jest nam znany, ma stałe miejsce zamieszkania. W rozmowie z policjantami potwierdził, że uderzył ratownika medycznego. Oświadczył, że poniosły go nerwy - informuje sierż. Agnieszka Żyłka z policji w Zabrzu.

Zauważa, że z moralnego punktu widzenia "to haniebny czyn", ale na zatrzymanie nie pozwoliły przepisy.

- Nawet jeśli czyn jest moralnie naganny i opinia społeczna jest zbulwersowana z tego powodu, my musimy trzymać się litery prawa. W tym momencie nie było przesłanek do zatrzymania mężczyzny. Nie oznacza to jednak, że mężczyzna nie poniesie odpowiedzialności za popełniony czyn - dodaje rzeczniczka zabrzańskiej policji.

Stróże prawa czekają teraz na opinię biegłych. Kiedy ją otrzymają, będzie można wezwać ojca dwulatki na komisariat i przedstawić mu zarzuty. Co mu grozi? - Wszystko zależy od tego, jaki zarzut zostanie mu przedstawiony i jakiego uszczerbku doznał pokrzywdzony. Grozi mu nawet do 10 lat więzienia - mówi Żyłka.

Ćwiczy kulturystykę

34-letni ojciec dziecka to były mistrz śląska w boksie. W przeszłości uczestniczył także w zawodach strongmanów. - Z tego, co nam wiadomo, mężczyzna ćwiczy kulturystykę - dodaje sierż. Agnieszka Żyłka.

Ojciec dziewczynki twierdzi, że nie pamięta, co się stało, a o wszystkim dowiedział się z mediów i od sąsiadów. - Nie pamiętam tego zdarzenia, byłem w szoku - powiedział dziennikarce TTV.

Reporterka TTV próbowała porozmawiać z napastnikiem, ten jednak zasłaniał się niepamięcią

"Miałem na myśli dobro tego dziecka"

Większość z tego, co się stało, pamięta z kolei ratownik medyczny. - Po tym, jak wysiadłem zza kierownicy, bo akurat prowadziłem tego dnia karetkę, przechodziłem do tyłu po sprzęt medyczny. Wtedy mnie uderzył. Padły jakieś słowa, ale same niecenzuralne - opowiada.

Nie wiedział, że zaatakował go ojciec 2-letniej dziewczynki, której ratował życie. Mimo że czuł ból, nie od razu poprosił o pomoc. - Miałem na myśli dobro tego dziecka. Gdybyśmy z nim nie pojechali, nie wiadomo, jak by to się mogło skończyć - tłumaczy.

Przyznaje, że to pierwszy tak brutalny atak na niego, choć wcześniej zdarzało się, że ratownicy byli zastraszani. - W przyszłości, jadąc na jakąkolwiek wizytę, nie wiem, czy nie będę odczuwał jakichś lęków, wchodząc do kogoś do mieszkania - dodaje.

"Jak wejdziemy pierwsi, będzie wojna"

Dyrektor WPR Artur Borowicz zauważa, że w tego typu sytuacjach ratownik nie może się bronić. - Nie mamy środków przymusu bezpośredniego. Pierwszą zasadą ratownictwa jest bezpieczeństwo, ale są takie przypadki, kiedy jedziemy razem z policją i funkcjonariusze mówią "jak my wejdziemy pierwsi, będzie wojna". Znam takie przypadki z własnego doświadczenia - opowiada dyrektor katowickiego WPR.

Dodaje też, że nawet dyspozytorka, która przyjmowała wezwanie 34-letniego ojca "na razie nie jest w stanie prawidłowo pełnić swojej funkcji". - My tych spraw nie odpuścimy. Złożymy zawiadomienie do prokuratury o ciężkie naruszenie nietykalności funkcjonariusza publicznego, bo ratownik wykonujący swoją misję jest w tym momencie funkcjonariuszem publicznym. To jest zagrożone karą pozbawienia wolności do lat trzech. My to wyegzekwujemy - zapowiada Borowicz.

Coraz większa agresja

Podkreśla, że poziom agresji wobec ratowników medycznych wzrasta. - 6 maja na naszą stację w Chorzowie wtargnął człowiek goniący swoją dziewczynę, która wcześniej była hospitalizowana. W jej obronie stanął lekarz, który był na dyżurce. Dostał potężny cios w twarz - jest w stanie ciężkim, leży na OIOM-ie w Piekarach Śląskich - opowiada dyrektor katowickiego WPR.

Zauważa, że takich przypadków agresji zdarza się kilkanaście w ciągu roku. - Nie mówiąc już o agresji słownej, którą trudno policzyć. Nagrania dyspozytorów i to, co się dzieje czasem na wizytach domowych, przechodzi ludzkie pojęcie - dodaje.

Ratownik pogotowia został pobity w czasie interwencjiMaciej Skóra | TVN 24 Katowice

Ratownik został pobity przy ul. Tatarkiewicza w Zabrzu:

Mapa Targeo

Jeśli chcielibyście nas zainteresować tematem związanym z Waszym regionem, czekamy na Wasze sygnały/materiały. Piszcie na Kontakt24@tvn.pl.

Autor: ns/r / Źródło: TVN 24 Katowice

Źródło zdjęcia głównego: TVN 24 Katowice | Maciej Skóra