Odesłali Marcina do innego szpitala, zmarł. NFZ: mieli 15 wolnych łóżek. Co zawiodło? Człowiek i brak decyzji

TVN24

Wyniki kontroli NFZ w szpitalu po śmierci pacjentaTVN 24 Katowice
wideo 2/3

Ponad 300 tysięcy złotych ma zapłacić szpital w Wodzisławiu Śląskim za to, że nie przyjął 35-letniego Marcina. Mężczyzna z podejrzeniem zawału serca był wożony karetką między trzema szpitalami, ostatecznie po 11 godzinach zmarł. Karę nałożył NFZ, ale śledztwo prowadzi także prokuratura.

Marcin miał 35 lat. 19 marca przed południem zwolnił się z pracy i wrócił do domu. Powiedział matce, że podniósł wiadro i coś go zabolało w klatce piersiowej, spocił się też tak, że musiał wykręcać czapkę.

Kobieta zmierzyła mu ciśnienie. Miał 147 na 64. - Siedział w fotelu, patrzę na niego i jako matka, nie fachowiec myślę, że to coś z sercem - opowiadała nam kobieta.

Wieczorem to jej "serce pękło", bo syn, mimo, że był u lekarza, a potem przez 11 godzin w trzech szpitalach, zmarł.

Były wolne łóżka, zabrakło decyzji

Po śmierci Marcina śledztwo w szpitalu przeprowadzali jego dyrektorzy, Narodowy Fundusz Zdrowia oraz prokuratura.

- Mamy już pełen materiał dowodowy, zeznania rodziny pacjenta, innych pacjentów, którzy w tym dniu byli w szpitalu, personelu szpitalnego, a także dokumentacje medyczną. Materiał jest opiniowany przez biegłych - mówi Ireneusz Kunert, kierownik wydziału do spraw błędów medycznych w Prokuraturze Regionalnej w Katowicach.

NFZ kontrolował, jak wyglądała praca w szpitalu 19 marca, a w szczególności, czy opieka na 35-latkiem była prawidłowa.

Lekarz z przychodni Marcina, po wykonaniu mu EKG, skierował mężczyznę do szpitala, dokąd bardzo szybko zabrała go karetka. Jednak tam pacjent spędził na izbie przyjęć aż dziesięć godzin. Według relacji rodziny był tam już o 12.30.

- Synowa z moim mężem, ojcem Marcina pojechali tam do niego o 17 zawieźć piżamę i laczki. A syn dalej koczował na izbie przyjęć. Siadał, pokładał się, pocił, duszno mu było, a lekarz szukał dla niego miejsca. Znalazł w Rydułtowach - opowiadała nam matka Marcina. Rydułtowska placówka to część szpitala w Wodzisławiu. - Ale tam nawet nie wyciągnęli syna z karetki. Okazało się, że nie ma miejsca. I przywieźli go z powrotem do Wodzisławia. Zrobili kolejne EKG i czekali, aż przyjedzie karetka z Raciborza i zabierze go do tamtejszego szpitala. O godzinie 22.30 synowa napisała do Marcina sms, czy już jest na miejscu. Tak, odpisał. O 3.25 do synowej zadzwonił lekarz, czy może przyjechać do szpitala. Wtedy stwierdzili zgon.

NFZ stwierdził nieprawidłowości przy prowadzeniu dokumentacji medycznej oraz złą organizację pracy na izbie przyjęć i na oddziale wewnętrznym.

- Niestety kontrola wykazała, że w tym dniu szpital dysponował 15 wolnymi łóżkami, na które mógł skierować pacjenta i nie było braku personelu medycznego - podsumowuje Małgorzata Doros, rzeczniczka śląskiego oddziału NFZ. - Co zawiodło? Zawiódł człowiek, brak decyzji - dodaje.

Kara nałożona na szpital przez NFZ wynosi ponad 300 tysięcy złotych.

"Kara zbyt wygórowana"

Dyrektor Powiatowego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Rydułtowach i Wodzisławiu Śląskim Dorota Kowalska napisała w komentarzu dla Polskiej Agencji Prasowej, że w jej ocenie "wysokość nałożonej kary jest zbyt wygórowana". Wewnętrzne postępowanie wyjaśniające dyrekcji doprowadziło bowiem do wniosku, że 35-letni pacjent - od momentu zgłoszenia na izbę przyjęć do czasu przywiezienia do szpitala rejonowego w Raciborzu - był pod stałą opieką medyczną. Przeprowadzono diagnostykę, wdrożono leczenie. Postępowanie personelu izby przyjęć w Wodzisławiu Śląskim było prawidłowe - twierdzą dyrektorzy szpitala.

Stwierdzili jedynie uchybienie w postępowaniu lekarzy dyżurnych szpitala w Rydułtowach, którzy odmówili przyjęcia pacjenta, tłumacząc się brakiem łóżek, mimo, że szpital dysponował wówczas wolnymi łóżkami. W związku z tym dyrekcja szpitala podjęła decyzję o wyciągnięciu konsekwencji dyscyplinarnych wobec lekarzy pełniących wówczas dyżur w Rydułtowach.

Śledztwo

Autor: mag/ ks / Źródło: TVN 24 Katowice/ PAP