Urodziny Hitlera. "Każdy, kto by przechodził, mógłby to zobaczyć albo usłyszeć"

Katowice

Pierwszy wyrok w sprawie "urodzin Hitlera"Fakty TVN
wideo 2/35

Adam B. twierdził początkowo, że trafił na urodziny Hitlera prawie przypadkiem, przechodząc przez las. Organizatorzy zapraszali przypadkowe osoby i w ogóle się nie kryli. Bawili się w parku rekreacyjnym, widoczni z daleka i głośni. Natomiast udział dziennikarzy w opisanym wydarzeniu "miał charakter działalności pod tzw. przykryciem, stanowił element pracy nad tworzeniem reportażu poruszającego temat aktywności w Polsce środowiska neonazistów" - wynika z aktu oskarżenia przeciwko jednemu z uczestników słynnych urodzin Hitlera.

Akt oskarżenia z 13 lipca 2018 roku, którego treść otrzymaliśmy od prezesa Sądu Rejonowego w Wodzisławiu Śląskim, skierowany jest przeciwko Adamowi B. Ale odsłania kulisy całego przestępczego procederu, ukazanego w reportażu "Superwizjera" "Polscy neonaziści", w tym także jaki był udział innych z sześciu podejrzanych.

Z dokumentu wynika jasno, że obchody 128. rocznicy urodzin Hitlera, urządzone 13 maja 2017 roku w Wodzisławiu, to nie był incydent ani impreza otoczona wielką tajemnicą i jeśli ktoś został pominięty w zaproszeniu, mógł wziąć w niej udział przypadkiem. Bo organizator zapraszał gości przez internet i komórkę, pozwalając im udostępniać zaproszenie.

Jak pisze w akcie oskarżenia Agnieszka Marcińczyk z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, kluczowe w śledztwie było określenie, czy zachowanie podejrzanych było publiczne. Dlatego śledczy dokładnie obejrzeli miejsce imprezy.

Zaproszenie

Jak ustaliła prokuratura, to Mateusz S. rozesłał elektronicznie zaproszenia na uroczyste obchody 128. rocznicy urodzin Hitlera. Zaproszenie, opatrzone zdjęciem przywódcy III Rzeszy, swastyką i nazistowskimi flagami, zawierało szczegółowy program uroczystości.

Na tym - jak je określa prokurator - "quasi-plakacie" znalazły się także zdjęcia z poprzednich obchodów. S. miał sam przyznać, że postanowił zorganizować to wydarzenie, bo brał już udział w podobnym, gdy miał 15 lat. To on zapewnił repliki nazistowskich mundurów i śpiewniki. Główny bohater aktu oskarżenia zajmował się drewnem na ognisko.

Z ustaleń prokuratury wynika, że S. wysłał zaproszenie do 80 osób, nie tylko bliskich, oraz zgodził się, by je dalej rozpowszechniali. W ten sposób otrzymała je dziennikarka TVN, współautorka reportażu "Superwizjera", chociaż - jak dowodzi prokurator - nigdy wcześniej nie spotkała Mateusza S. Poszła na imprezę z operatorem TVN, którego przedstawiła jako osobę towarzyszącą. Wzięli ze sobą kamerę, którą mieli ukrytą. Oboje, jak w innym miejscu podkreśla prokurator, byli osobami spoza kręgu towarzyskiego pozostałych uczestników nietypowych urodzin.

"Ich udział (dziennikarzy - red.) w opisanym wydarzeniu, który miał charakter działalności pod tzw. przykryciem, stanowił element pracy nad tworzeniem reportażu poruszającego temat aktywności w Polsce środowiska neonazistów"- czytamy w akcie oskarżenia.

Ostatecznie, licząc dziennikarzy, na imprezie było osiem osób.

Wzgórze

Czy zachowanie Adama B. stanowiło popełnienie przestępstwa z art. 256 § 1 Kodeksu karnego? - pyta w akcie prokurator.

Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Kodeks karny art. 256 § 1.

Po oględzinach miejsca imprezy odpowiada "w sposób jednoznaczny i bez wątpliwości twierdząco". Na dowód dokładnie je opisuje.

Jest to szczyt wzgórza w kompleksie leśno-parkowym, okolony ulicami i drogą wojewódzką, poprzecinany ścieżkami, z osiedlem domków jednorodzinnych u stóp, w promieniu kilkuset metrów. Żadne pustkowie, niedostępne dla intruzów. Codziennie można natknąć się tam na spacerowiczów, biegaczy, rowerzystów. Sam Adam B. przyzna, że chodził tam na grzyby. W pobliżu są parkingi, przystanki autobusowe, stadnina koni, hotel z restauracją, oblegany zwłaszcza w wiosenne i letnie weekendy. A 13 maja, to była słoneczna sobota.

Na wzgórze łatwo wspiąć się wyznaczonym szlakiem turystycznym, poczynając od parkingu.

Mateusz S. wybrał takie miejsce pod gołym niebem celowo, by - jak pisze prokurator - móc użyć ognia, odpalić race, spalić swastykę i urządzić ognisko. Wszystko to zrealizowano.

Według śledczych, wzgórze widać z daleka, a rozwieszone przez organizatorów nazistowskie symbole można było dostrzec z odległości stu metrów. Wisiały na drzewach na wysokości nawet czterech metrów. Jak zauważa prokurator, rekwizytów była taka ilość, że nie sposób było ukryć je szybko, gdyby na imprezie pojawił się nieproszony gość.

Zakazane symbole obecne były w tej przestrzeni przez osiem godzin, zaczęły pojawiać się około osiemnastej i pozostały do drugiej w nocy.

Adam B. powiedział śledczym, że w czasie imprezy widział spacerowicza z psem i dwóch rowerzystów.

Prokuratura podkreśla, że teren nie był zamknięty, ogrodzony, pilnowany, a wstęp na imprezę biletowany czy w jakikolwiek sposób utrudniony. "Każdy, kto przejeżdżałby lub przechodził wytyczonymi na terenie przylegającym do wzgórza szlakami, ścieżkami lub poruszałby się poza ich obrębem, mógłby albo zobaczyć albo usłyszeć zachowanie sprawców czynu" - czytamy w akcie oskarżenia. Zachowanie, które było "spektakularne".

Impreza

Jak to na polskich urodzinach, był alkohol i tort, tyle że ozdobiony swastyką z czekoladowych wafli. I było przemówienie na cześć solenizanta, wygłoszone przez Mateusza S. Goście nie byli dyskretni. Krzyczeli (toasty za Hitlera, nazistowskie pozdrowienia), puszczali głośno muzykę z boomboksa (nazistowskie pieśni i marsze).

Wreszcie były pamiątkowe zdjęcia, wykonywane nie tylko po kryjomu przez dziennikarzy TVN. Organizatorzy i uczestnicy także się fotografowali i nagrywali. Mateusz S. pierwszy wykonał charakterystyczny gest pod płonącą swastyką i zachęcał do tego innych, robili sobie selfie na tle zakazanego znaku.

Impreza zaczęła się o dwudziestej i skończyła o drugiej w nocy, dziennikarze opuścili ją o 22.

A potem był reportaż "Superwizjera" i w ślad za nim ruszyło prokuratorskie śledztwo. Materiał dziennikarski stanie się dowodem w sprawie, ale nie jedynym.

Spadek po ojcu

W mieszkaniu Adama B., zdrowego psychicznie i umysłowo, co podkreśla prokurator, znaleziono dużo broni i amunicji, także symboli nazistowskich. Jego znajomi i rodzina, wreszcie sam skazany, przyznali, że B. przejął to wszystko po zmarłym ojcu, który był typem zbieracza.

B. od wczesnej młodości fascynował się III Rzeszą i Hitlerem. 19 wrzenia 2011 z rówieśnikami założyli stowarzyszenie Duma i Nowoczesność w Wodzisławiu Śląskim. Organizowali wspólne wyjścia na koncerty, survivale w lesie. "Niejednokrotnie podejmowali zachowania, polegające na publicznym propagowaniu nazistowskiego ustroju państwa, czyniąc to bądź poprzez wykonywanie gestów nazistowskiego pozdrowienia lub wykorzystywanie przedmiotów, symboliki lub innych treści, wprost odnoszących się do ideologii III Rzeszy Niemieckiej" - pisze prokurator.

Nie robili tego w prywatnych mieszkaniach. Jak wyjaśnia dalej prokurator, prezentowali nazistowskie flagi na koncertach czy spotkaniach w otwartych przestrzeniach i były przy tym dzieci.

Wyjaśnienia

Mateusz S. wyjaśniał początkowo, że impreza z 13 maja to była historyczna rekonstrukcja. Potem - że zorganizował ją dla żartu. Ale prokuratura - wobec wieloletniej fascynacji podejrzanego osobą Hitlera - uznała te wyjaśnienia za "oczywiście kłamliwe".

Adam B. najpierw nie przyznawał się do zarzutów. Jednak nie zaprzeczał, że dostał zaproszenie od Mateusza.S. i wziął udział w imprezie "z głupoty", bo, idąc przez las, zauważył flagę na drzewie. Obchodów urodzin nie opuścił wcześniej, bo bał się reakcji kolegów. Wymienił nazwiska innych uczestników, a gdy potem obejrzał w telewizji reportaż "Superwizjera", wystraszył się, że zrobił coś niedozwolonego.

Na koniec do wszystkiego się przyznał, poddał dobrowolnie karze i został skazany za propagowanie ustroju totalitarnego i nielegalne posiadanie broni na grzywnę w wysokości ponad 13 tysięcy złotych. Sąd orzekł też przepadek broni i obciążył B. kosztami procesu - 7,2 tys. zł.

Jak wiemy z aktu oskarżenia, B. ma stałą pracę i nie zarabia źle, ale ma dzieci na utrzymaniu.

Prokurator, przypisując jego czynom bardzo wysoki stopień społecznej szkodliwości, równocześnie zauważyła, że jako jedyny z podejrzanych wyraził żal i skruchę.

"Obchody rocznicy urodzin Adolfa Hitlera - powszechnie uznawanego za jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości - przeprowadzone zostały w stosunkowo widowiskowy i poruszający sposób, a więc w szczególnej oprawie, której stworzenie wymagało wysiłku wielu osób. Wydarzenie, co nie może budzić żadnych wątpliwości, zorganizowane zostało i przeprowadzone w celu oddania czci oraz okazania uwielbienia dla postaci Hitlera, który to fakt - z powodów oczywistych - wpływa na ocenę stopnia społecznej szkodliwości popełnionego czynu" - uzasadniła prokurator.

Oglądając reportaż "Superwizjera", prokurator dostrzegła na twarzy Adama B. skupienie, widziała, jak bił brawo wielbiącemu solenizanta Mateuszowi S., słyszała, z jaką powagą i estymą wypowiadał nazistowskie pozdrowienia. Podobne wrażenia miała po obejrzeniu krótkiego filmiku, nagranego przez samego B.

Wobec pozostałych uczestników imprezy śledztwo trwa.

Autor: mag/i / Źródło: TVN 24 Katowice

Źródło zdjęcia głównego: tvn24