Pomoc do pani Mirelli przyszła za późno i była nieadekwatna. Wyniki kontroli wojewody

Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Świętochłowicach
Rozprawa przed sądem - sprawa pani Mirelli
Źródło: TVN24
Spędziła w zamkniętym mieszkaniu 27 lat. Sprawa wyszła na jaw, gdy pani Mirella trafiła do szpitala. Według ustaleń urzędników wojewody śląskiego, pracownicy socjalni, którzy mieli jej pomóc, nie mieli odpowiednich kwalifikacji, źle rozpoznali potrzeby, nie współpracowali ze sobą, z innymi służbami i sąsiadami.

Urzędnicy wojewody śląskiego w lutym tego roku sprawdzali w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Świętochłowicach, jak wyglądała praca socjalna na rzecz pani Mirelli. Ocenili tę pracę jednoznacznie negatywnie. Według wojewody, MOPS źle zdiagnozował i ocenił potrzeby rodziny, dlatego udzielona pomoc była nieadekwatna.

Pomoc była także źle nadzorowana, dlatego pracę w MOPS straciła już jego dyrektorka. Kontrola zakończyła się kilka tygodni temu, ale wyniki ujawniono dopiero 7 kwietnia.

Wojewoda czekał na odpowiedź władz Świętochłowic, żeby wydać zalecenia pokontrolne.

27 lat izolacji

43-letnia pani Mirella przez całe życie mieszka z rodzicami w bloku w Świętochłowicach. Gdy skończyła 15 lat, na wniosek rodziców została wykreślona z listy uczniów liceum i przestała być widywana. Sąsiedzi byli przekonani, że zaginęła lub wyjechała.

Po 27 latach izolacji, 29 lipca 2025 roku wyszła z mieszkania w asyście policjantów i została przewieziona karetką pogotowia do świętochłowickiego szpitala. Tam odwiedzały ją sąsiadki.

Po dwóch miesiącach hospitalizacji, 2 października, wróciła do swojego mieszkania. Wtedy sąsiadki, z obawy, że pani Mirella znowu nie będzie wychodzić, opisały historię w internecie i sprawa stała się bardzo głośna medialnie.

Dowód, renta i co dalej

Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej dowiedział się o pani Mirelli dwa dni po tym, jak trafiła do szpitala. Pomoc zaczęła się od załatwiania formalności: dowodu osobistego, ubezpieczenia zdrowotnego, orzeczenia o niepełnosprawności, orzeczenia o całkowitej niezdolności do pracy, wreszcie renty socjalnej i zasiłku pielęgnacyjnego. Kobieta żyła dotąd bez żadnych dokumentów i świadczeń. Teraz już to wszystko ma.

Ruszyła także praca nad powrotem pani Mirelli do aktywnego życia społecznego.

Jednak, według ustaleń kontrolerów, nie od razu. Dopiero 15 września, czyli półtora miesiąca po tym, jak kobieta wyszła z domowej izolacji, skontaktował się z nią pracownik socjalny.

Natomiast usługi opiekuńczo-specjalistyczne - pomoc w codziennym funkcjonowaniu, załatwianiu spraw urzędowych - nie zostały wdrożone od razu po tym, gdy kobieta wróciła do domu. Zamiast na początku października, były udzielane dopiero pod koniec miesiąca i w wymiarze niezgodnym z zaleceniami lekarza. W dodatku opiekunka, która przychodziła do pani Mirelli, nie miała odpowiednich kwalifikacji do pracy z osobami w takim stanie zdrowia.

Według wojewody, praca socjalna była nie tylko nieodpowiednio nadzorowana, ale między pracownikami nie było koordynacji. Nie współpracowali oni też z sąsiadami pani Mirelli, a w dokumentacji nie widać, czy i jak wymieniali się informacjami z innymi służbami zaangażowanymi w pomoc w tej rodzinie - policjantami i lekarzami.

Jak przekazywał nam wcześniej Tomasz Kaczmarek, wiceprezydent Świętochłowic do spraw polityki społecznej, pani Mirelli proponowano asystenta osoby z niepełnosprawnościami, ale odmówiła.

Według służb wojewody, kobieta i jej rodzina nie dostali pełnej informacji, na czym ten program polega. W protokole wytknięto także, że nie zaproponowano kobiecie mieszkania wspomaganego. To zwykłe mieszkanie, w którym osoby z różnych przyczyn nieporadne, uczą się samodzielności dzięki wsparciu asystentów. Świętochłowice mają tylko mieszkanie dla osób opuszczających pieczę zastępczą, jednak powinny szukać dla pani Mirelli odpowiedniego lokalu w ościennych miastach.

Kaczmarek zapewniał nas, że pani Mirelli proponowano pobyt w środowiskowym domu samopomocy, którego celem - podobnie jak w mieszkaniach wspomaganych - jest usamodzielnienie. Ale takiego wsparcia także nie chciała.

Powinna być od razu Niebieska Karta?

Na początku tego roku rodzina odmówiła wszelkiej pomocy. Dlatego MOPS skierował do sądu wniosek o umieszczenie pani Mirelli bez jej zgody w domu pomocy społecznej. Podstawą wniosku jest ustawa o ochronie zdrowia psychicznego. Sprawa się już toczy, sąd powoła biegłego psychiatrę.

W protokole pokontrolnym wojewody można wyczytać zarzut, że ośrodek powinien wnioskować o to wcześniej, już w sierpniu, kiedy pani Mirella była jeszcze w szpitalu..

Dlaczego? Czy celem pomocy nie miał być powrót do społeczeństwa? Chcieliśmy zapytać o to w urzędzie wojewódzkim, ale protokół został opublikowany po południu, kiedy urząd jest już zamknięty.

Rzeczniczka wojewody Iwona Matuszewska nie odpowiedziała na naszą prośbę o komentarz.

Według protokołu, pani Mirella powinna zostać "zabezpieczona" w domu pomocy społecznej "na czas trwania postępowania sądowego". Nie wiadomo, o co dokładnie chodzi. W sprawie pani Mirelli toczy się śledztwo w prokuraturze, dotyczące pozbawienia wolności. Toczy się od października zeszłego roku i prokuratura zawnioskowała o umieszczenie kobiety w domu pomocy społecznej dopiero tydzień po MOPS.

Wojewoda wytyka MOPS, że w rodzinie od razu nie uruchomiono procedury Niebieskiej Karty.

Takiej potrzeby nie widziały jednak także pierwsze instytucje, z którymi pani Mirella miała kontakt, czyli policja i szpital, a potem prokuratura.

OGLĄDAJ: TVN24 HD
pc

TVN24 HD

pc
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji
Czytaj także: