"To będzie najbardziej kulturalne porwanie w historii". Było ostatnie, po nim wpadli. Gang porywaczy skazany

TVN24

Grzegorz P. był mózgiem gangu porywaczy (wideo z pierwszej rozprawy)TVN 24 Katowice
wideo 2/2

Mieszkał obok rodziny M., obserwował ich. Oni nigdy nie widzieli jego twarzy. Uznał, że są majętni. Przebrał się za policjanta, uprowadził żonę prezesa, a od niego zażądał ponad miliona euro. - To miało być najbardziej kulturalne porwanie w historii - mówił w sądzie. Było ostatnie, ale nie pierwsze. On i jego wspólnicy właśnie zostali skazani.

Marta M. została porwana przez grupę Grzegorza P. Za dnia, z ulicy przed własnym domem w małej miejscowości pod Bielskiem-Białą. To miasto i okolice były terenem działania gangu, a ona była jego czwartą ofiarą. Zatrzymała się swoim samochodem, bo wyglądali jak brygada antyterrorystyczna, w czarnych mundurach kupionych w sklepie z militariami, z naszywkami "policja" z internetu, atrapami karabinów. Za każdym razem się tak przebierali, by - jak wyjaśniał potem w sądzie P. - "porwanie wyglądało łagodnie".

- To będzie najbardziej kulturalne porwanie w historii - zapowiedział swoim wspólnikom (powtórzył te słowa przed sądem).

Założyli Marcie czarny worek na głowę, rzucili na podłogę samochodu, wywieźli do wcześniej wynajętego domu w Bielsku i zamknęli w piwnicy z łóżkiem polowym, przenośną toaletą i zabitym blachą oknem. W podobnych warunkach przetrzymywali wszystkie ofiary.

- Nasłuchiwałam. Wymyślałam, czym się tu bronić, jak wkroczą. Miałam tylko plastikową butelkę po wodzie. Byli pod drzwiami, mieli włączone radio, raz po raz słyszałam otwieranie puszek. Co to za ludzie, co im może strzelić do głowy po tym piwie? Czy mi czegoś nie dosypią do wody, nie zgwałcą? - opowiadała reporterce tvn24.pl Marta M.

P. uspokajał ją, że nic jej się nie stanie, że chodzi tylko o kasę. Zażądał od jej męża Dariusza M. miliona euro, a potem jeszcze dwustu tysięcy euro za to, że powiadomił policję o zaginięciu żony.

To był największy okup w historii polskiej policji. Dariusz M. był prezesem giełdowej spółki, ale nie miał takich pieniędzy w gotówce. Na szczęście miał przyjaciół. Pożyczył od nich część i przekazał porywaczom we współpracy z policją. Wcześniej, nocami, spisywał z funkcjonariuszami numery seryjne banknotów, a potem zapakował do plecaka i sam wyniósł je w miejsce wyznaczone w górach. Plecak był tak ciężki, a on tak się spieszył, że pozrywał sobie ścięgna.

Nie wszystkie ofiary gangu P. zawiadomiły policję. Dariusz M. też bał się to zrobić. Jak mówił, P. groził mu, że wtedy nie zobaczy już swojej żony.

- Inne ofiary pewnie słyszały od P. to samo, co Marta: ja tu jestem tylko wykonawcą, zrobiłem co do mnie należało, ale moi szefowie wszystko obserwują, mają kontakty w policji. "Jeden dziki ruch i twój synek znika" - opowiadał reporterce tvn24.pl Dariusz M.

Jego żona została uwolniona po czterech dniach od porwania, a tydzień później zatrzymano P. i jego wspólników.

5 listopada 2019 roku, dwa lata od porwania Marty M., w Sądzie Okręgowym w Bielsku-Białej zapadł wyrok.

Odzyskali trzy miliony złotych

Informację o wyroku kilka dni temu podała Prokuratura Krajowa, ponieważ to jej Śląski Wydział Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Katowicach prowadził śledztwo.

Akt oskarżenia dotyczył nie tylko porwań czterech ludzi w celu wymuszenia okupu, dokonanych w latach 2015 - 2017. Obejmował w sumie 48 przestępstw.

Zarzuty postawiono czterem osobom. Wszyscy dostali kary bezwzględnego więzienia.

Grzegorz P., uznany przez sąd za organizatora przestępczego procederu, został skazany na łączną karę 12 lat pozbawienia wolności. Jego wspólnicy: Janusz C. 5 lat i 6 miesięcy, Jacek S. na 4 lata, Sławomir G. na 2 lata i 11 miesięcy.

Jak informuje Prokuratura Krajowa, oprócz kar pozbawienia wolności, "z uwagi na wyjątkowo bulwersujący charakter przestępstw oraz okoliczności ich popełnienia", sprawcy dostali wysokie kary grzywny, mają także obowiązek naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia dla każdego pokrzywdzonego.

Sąd ustalił, że członkowie gangu za każdym działali podobnie: typowali osobę do porwania - głównym kryterium był stan majątkowy ofiary, obserwowali ją, rozpoznając jej codzienne zwyczaje i w dogodnym momencie, przebrani za policjantów, z atrapami broni palnej, porywali i więzili we wcześniej przygotowanej kryjówce. Następnie od członków rodzin żądali zapłaty okupu w kwotach od 50 tysięcy do 4 milionów złotych. Po otrzymaniu pieniędzy ofiary były wypuszczane.

Policja odzyskała trzy miliony złotych.

"Powinien to odpracować"

- Plan porwania pani Marty pojawił się jako sposób rozwiązania moich długów. Plan ten wymyśliłem ja. Pożyczyłem pieniądze od osoby, o której nie chcę mówić. Bardzo dużo, nie chcę mówić ile. Byłem naciskany, przedstawiono mi zdjęcie mojej żony i syna, jak wychodzą z przedszkola. Mam syna i córkę i do tej pory byłem jednym z najlepszych ojców. Ubolewam. Zrobiłem coś strasznego - mówił w sądzie Dariusz P.

Mówił też, że spłacił pożyczkę, a część pieniędzy z okupów dał wspólnikom i nie jest w stanie wskazać, gdzie są ukryte.

- Jak ktoś chce okazać skruchę, to oddaje pieniądze. A on jeszcze, uciekając policji, staranował ich samochodem. Policjanci mówili, że nie mogą ściągnąć z niego tych pieniędzy, bo on nic nie ma. To na co się zadłużył? Nie wyglądał na biednego, gdy mieszkał obok nas. Nie żył skromnie, jeździł hummerem. Powinien to odpracować. Niech pozgina kark na nocce, jak ludzie u mnie w firmie, to może zrozumie, że nie można komuś, ot tak, coś zabrać - mówił w rozmowie z reporterką Dariusz M.

- Nieważne ile on dostanie lat, wiecznie siedzieć nie będzie. Ja chcę czuć się bezpieczna, jak on wyjdzie. On zna nasze adresy. I co, będę go spotykać w sklepie? - mówiła Marta M.

Dariusz M.: - Mamy się wyprowadzić? Stworzyć armię do obrony? On powinien mieć bransoletkę, być monitorowany. Zrobił to cztery razy, spróbuje po raz kolejny. To już był jego sposób zarabiania na życie.

Marta M.: Ja byłam czwartą porwaną osobą, a lista kolejnych osób do porwania, którą widzieliśmy w aktach sprawy, była długa.

"Bogatszy od wszystkich policjantów"

- A ilu policjantów się napracowało, żeby mnie uratować. Porzucili swoje rodziny na kilkanaście dni - mówiła Marta M.

Dariusz M.: - Spali po dwie godziny dziennie, sprawdzali każdy lokal, biegali po lesie. Dwustu ludzi, za trzy i pół tysiąca miesięcznie. Pytałem, czy chociaż jakąś premię dostaną za rozwiązanie sprawy. Może dwieście złotych na koniec roku, mówili. On im się śmieje w nos. Jest bogatszy od nich wszystkich razem wziętych. Pewnie zakopał gdzieś te pieniądze i będzie miał za co żyć, jak wyjdzie po kilku latach za dobre sprawowanie. Albo one już są w obiegu. Kto sprawdza numery seryjne na każdej stówie? Powinien siedzieć, aż nie odda wszystkiego z nawiązką.

Marta M.: - Jego syn będzie rósł bez ojca. Będzie musiał żyć z tym, że ma tatę w więzieniu.

Porywacze przebierali się za policjantów, teraz zasiedli na ławie oskarżonych
TVN 24 Katowice

Autor: Małgorzata Goślińska/gp / Źródło: TVN 24 Katowice