Wzruszały, oburzały, ciekawiły. Historie, którymi żyły media społecznościowe

Ciekawostki

Te historie zainteresowały internautów najbardziej Fakty TVN
wideo 2/5

Minister, któremu "nie starcza do pierwszego", rozwiązana po 40 latach zagadka zdjęcia z wakacji czy władcy lewego pasa - to tylko niektóre historie, które wzbudziły największe zainteresowanie w naszych mediach społecznościowych w 2018 roku.

Dzielny wojownik

Zaczęło się niepozornie, od guza na głowie. Początkowo mama Eryka myślała, że chłopiec po prostu się uderzył. Guz jednak nie znikał, wykonano więc badania. Ich wynik, chłoniak limfoblastyczny, oznaczał jedno. Walkę z chorobą, a potem także walkę o pieniądze potrzebne na leczenie. Szansą dla Eryka był lek, który nie był refundowany. Jego koszt – 600 tys. złotych – był poza zasięgiem rodziny chłopca. - To kwota, która mnie przeraża, ale wiem, że muszę zrobić wszystko, by Eryk mógł wykorzystać szansę na życie – mówiła mama chłopca, pani Ilona.

Jeszcze w grudniu 2017 roku ruszyła zbiórka pieniędzy, a wraz z nią apele o pomoc. Odpowiedziało na nie tysiące internautów, dzięki czemu udało się zebrać ponad 526 tys. złotych. Chłopiec słabł, ale pieniędzy przybywało z każdą chwilą i wiele wskazywało na to, że uda się zebrać całą kwotę.

"Mieliśmy już uzbierane środki na pierwszą dawkę. Niestety - choroba postanowiła inaczej (http://www.tvn24.pl)

"Mieliśmy już uzbierane środki na pierwszą dawkę. Niestety - choroba postanowiła inaczej (http://www.tvn24.pl)

15-letni Eryk przez 8 lat, ponad połowę swojego życia, dzielnie walczył z nowotworem. Niestety kilka godzin przed zakończeniem zbiórki zmarł.

Władcy lewego pasa

Autostrada A4. Do jadącego lewym pasem niebieskiego busa dojeżdża karetka na sygnale. Kierowca busa choć ma możliwość, nie zjeżdża na prawy pas. Mija cenny czas, bo karetka wiezie serce do przeszczepu dla dziecka. W końcu kierowca pogotowia decyduje się wyprzedzić busa prawym pasem.

Zachowanie kierowcy busa oburzyło internautów. W setkach komentarzy, jakie zamieścili w mediach społecznościowych można było przeczytać m.in., że "powinno mu się natychmiast odebrać prawo jazdy", "zachowanie było skandaliczne" i należy się "surowa kara", a także głosy, że taka jazda to "standard na polskich drogach, wszyscy walą lewym pasem".

Szeroka dyskusja w mediach społecznościowych i poza nimi nie trafiła jednak do wszystkich. Niespełna dwa tygodnie po pierwszej informacji pojawiła się kolejna, niemalże bliźniacza. Znowu droga szybkiego ruchu, znowu karetka, nawet kierowca ambulansu ten sam. Tym razem jednak zamiast blokującego lewy pas busa - ciężarówka, a zamiast serca do przeszczepu - wątroba.

Pączki i małpka

Wiele emocji wywołał też protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, a zwłaszcza jedno ze spotkań z protestującymi.

CZYTAJ WIĘCEJ

Wsparła m.in. uczestniczka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska. Po tym jak 14 maja nie została wpuszczona do Sejmu z powodu braku przepustki, 18 maja pojawiła się ponownie przed budynkiem parlamentu. Spotkała się tam z dwiema niepełnosprawnymi dziewczynami. - Przyniosłam pączki. Nie mogę tam wejść, ale umówiłam się – mówiła. Przypomniała, że w Powstaniu Warszawskim miała pseudonim "Pączek".

Oprócz pączków zabrała ze sobą pluszową małpkę. Maskotka o imieniu Pan Peemek, od skrótu PM, oznaczającego pistolet maszynowy towarzyszył Traczyk-Stawskiej od upadku Powstania Warszawskiego. Zabawkę otrzymała od kolegów, żołnierzy, kiedy oddawała swoją powstańczą broń. - Trzymajcie się. Pilnujcie tej małpki, bo to jest bardzo ważna małpka. Na tej małpce jest pamięć Powstania Warszawskiego – powiedziała, wręczając zabawkę jednej z dziewczynek. "Wzór do śladowania", "Piękny gest" – pisali w komentarzach internauci.

Protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów trwał 40 dni. 27 maja zdecydowali, że go zawieszają.

ZOBACZ Raport specjalny: Protest rodziców osób niepełnosprawnych

Zagadka zdjęcia z wakacji

Niezwykła historia jednego zdjęcia zaczęła się od wakacji w Jastarni i wspólnej fotografii na plaży. Na niej dwoje uśmiechniętych dzieci - dziewczynka z wiaderkiem w ręce i chłopiec, oboje kilkuletni.

Po latach chłopiec ze zdjęcia, dziś już dorosły Marcin Bołtryk, znalazł zdjęcie w swoim albumie i postanowił odnaleźć jasnowłosą dziewczynkę. Z pomocą przyszli internauci, którzy opublikowali zdjęcie niemal wszędzie. Mimo starań użytkowników sieci informacja nie od razu trafiła do poszukiwanej.

- Mój kuzyn mnie rozpoznał na tej fotografii, a jego żona dała mi znać, że jakiś obcy facet mnie szuka. Nie wiedziałam, jak na to zareagować – wspominała Patrycja Domagalska, blondynka ze zdjęcia. Najpierw był telefon, a potem spotkanie i… kolejne wspólne zdjęcie na plaży. Po latach.

- To była naprawdę fajna przygoda. Marcin czekał z kwiatami, to było bardzo urocze - opowiadała tvn24.pl Patrycja.

Akcja ratunkowa przeprowadzona ze szwajcarską precyzją

Ambitne i wymagające wiele odwagi zadanie stanęło w tym roku przed 12 zawodnikami klubu piłkarskiego i ich trenerem. Historia nazwana przez wielu internautów "horrorem" dotyczyła chłopców w wieku 11-16 lat i 25-letniego opiekuna, którzy 23 czerwca przez ulewne deszcze utknęli w jaskini Tham Luang Nang Non w prowincji Chiang Rai na północy Tajlandii.

Po dziewięciu dniach poszukiwań brytyjscy nurkowie odnaleźli zaginioną grupę w jednej z jaskiń prawie cztery kilometry od jej wejścia. Ku zaskoczeniu ratowników stan chłopców nie był zły. Według relacji jednego z nurków, to trener miał rozdysponować całą żywność i wodę między chłopców, samemu z jedzenia rezygnując. Poza tym, 25-latek miał także kazać chłopcom maksymalnie oszczędzać energię, między innymi przez spędzenie jak największej ilości czasu nieruchomo w pozycji leżącej. Duże znaczenie dla utrzymania dobrej formy miała mieć również medytacja, której trener uczył swoich podopiecznych w jaskini.

Po odnalezieniu zaginionych zaczęto przygotowania do akcji ratunkowej. Każdy jej etap wymagał precyzyjnego planu. Częściowo zalane, wąskie korytarze w jaskini, a także fakt, że ani chłopcy, ani ich trener nie potrafili nurkować stanowiło ogromne wyzwanie. Ratownicy nie zawahali się go jednak podjąć.

Wyciąganie z jaskini odnalezionych rozpoczęło się 8 lipca i trwało dwa dni. Udało się uratować całą grupę, niestety jeden z nurków biorący udział w akcji ratunkowej stracił przytomność i mimo wysiłków nie udało się go uratować.

ZOBACZ Raport specjalny: Uwięzieni w jaskini

"Nie starczało mi do pierwszego"

Pod koniec lutego wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin, komentując wysokość nagród dla członków rządu Beaty Szydło, powiedział: - Odwołam się do konkretnej swojej sytuacji, kiedy byłem ministrem sprawiedliwości. Miałem wtedy trójkę dzieci na utrzymaniu, studiowały. I słowo honoru, czasami nie starczało do pierwszego.

Słowa te rozpętały w mediach społecznościowych prawdziwą burzę. Internauci komentując wypowiedź polityka nie kryli oburzenia. "Wstydu nie ma", "Niech pan minister zejdzie na ziemię i zapyta ludzi czy im starcza do pierwszego", "Zamienię się z nim moją rentą" – brzmiały niektóre wpisy.

Komentarze nie milkły. Jarosław Gowin jeszcze tego samego dnia, zaledwie kilka godzin po wypowiedzi, przeprosił za swoje słowa. "Przepraszam, tych którzy poczuli się dotknięci moją niefortunną wypowiedzią - zwłaszcza tych, którzy zmagają się z prawdziwym niedostatkiem. Moim zamiarem nie było uskarżanie się na własną sytuację, która bez wątpienia jest o wiele lepsza niż milionów Polaków" – napisał na Twitterze.

Drugie życie

Zakrwawionego czteromiesięcznego Fijo właścicielka znalazła w domu na podłodze. To, co mu zrobiono szokuje. Szczeniak miał powybijane zęby, uszkodzoną miednicę, liczne krwiaki, a także paraliż tylnych łap, przez co nie mógł chodzić. Zaczęła się walka o jego zdrowie i odnalezienie sprawcy pobicia, którym okazał się być jego właściciel. Do pomocy w zatrzymanie ukrywającego się mężczyzny ruszyły całe zastępy internautów, udostępniając tysiące razy informacje z portretem pamięciowym.

Po zatrzymaniu mężczyzny internauci nie zapomnieli o Fijo i dalej bacznie śledzili jego losy. I wtedy, gdy udało mu się ruszyć łapką, i wtedy, gdy ruszył proces oskarżanego o jego pobicie Bartosza D. - Powiedziałem, że jestem niewinny to jestem niewinny. Ja tego nie zrobiłem, przewróciłem się po prostu, byłem pod wpływem alkoholu – mówił oskarżony reporterowi TVN24. Twierdził także, że sam jest ofiarą tej sprawy. - To nieszczęśliwy wypadek, a śmieszna fundacja [Fundacja Judyta, która opiekowała się psem po pobiciu – przyp. redakcja] to zaczęła nagłaśniać i człowiekowi życie z****** - stwierdził w czasie przerwy w rozprawie.

Wyrok w sprawie jeszcze nie zapadł. Kolejna rozprawa 5 lutego 2019 roku. Mężczyźnie grozi kara 3 lat pozbawienia wolności. Jeśli sąd uzna jego czyny za wyjątkowo okrutne, może spędzić za kratami nawet pięć lat.

Fijo, choć przeszedł długie leczenie za granicą, nie wrócił do zdrowia. W związku z paraliżem porusza się przy pomocy specjalnego wózka. Wiadomo, że pies nigdy nie będzie mógł chodzić. Ale jest też i dobra wiadomość. Zwierzę znalazło dom, a w nim oprócz dobrych ludzi, także dwóch przyjaciół na czterech łapach. - Widać po nim, że czuje, że ma emocje, że się smuci, że jest głodny. Głodny jest non stop – mówi nowy opiekun Fijo, Artur Serocki.

Król był jeden

Rok 2018 miał swojego króla. Był tak skuteczny, że Norwegowie zaczęli się zastanawiać "co zrobić z tym niemożliwym Polakiem".

Nic dziwnego. Kamil Stoch, bo o niego chodzi, był właściwie bezkonkurencyjny w sezonie 2017/2018. Oprócz Kryształowej Kuli za zwycięstwo w Pucharze Świata, skoczek z Zębu zdobył trzeci złoty medal indywidualny na igrzyskach olimpijskich, a potem jeszcze wszystkie cztery konkursy Turnieju Czterech Skoczni, czym wyrównał rekord Svena Hannawalda. Panowanie Stocha docenili dziennikarze zrzeszeni w Forum Nordicum, przyznając Stochowi tytuł "Króla Nart".

Mazurek Dąbrowskiego wiele razy wieńczył konkursy w skokach narciarskich. Jego specjalną wersję nagrał na cześć Kamila kolega z drużyny - Piotr Żyła. Po zdobyciu przez Stocha złotego krążka na igrzyskach olimpijskich zagrał hymn na gitarze.

Powrót do domu

Najpierw był policjant "anioł". Remigiusz Korejwo był jednym z pierwszych, którzy po latach zaczęli drążyć w tak zwanej "sprawie miłoszyckiej". Chodziło o brutalny gwałt i zabójstwo 15-latki. Jej ciało ze śladami odcisków zębów, prawie nagie, znaleziono na jednej z posesji w Miłoszycach. Ofiara miała na sobie tylko skarpetki.

Oskarżony i skazany w tej sprawie Tomasz Komenda nie przyznawał się do winy. Choć po latach okaże się, że opinie i ekspertyzy, które tak naprawdę stanowiły podstawę skazania nie były jednoznaczne i rozstrzygające, to kilkanaście lat wcześniej doprowadziły do wyroku. Najpierw w 2003 roku, kiedy oskarżonemu wymierzono karę 15 lat więzienia, potem po apelacji w 2004, gdy pobyt w zakładzie karnym wydłużono jeszcze o 10 lat. W sumie 25 lat więzienia za gwałt i zabójstwo.

- W międzyczasie uzyskałem informację, kto jest sprawcą. To był powód, żeby zainteresować tym prokuraturę – wyjaśniał podjęcie spawy na nowo policjant Remigiusz Korejwo.

W marcu 2018 Tomasz Komenda, który spędził w więzieniu 18 lat, wyszedł na wolność. Sąd zdecydował o przedterminowym zwolnieniu z więzienia. W maju mężczyzna został uniewinniony przez Sąd Najwyższy.

Komenda trafił do więzienia w wieku 23 lat. Spędził tam niemal połowę życia. W tym czasie świat bardzo się zmienił, musiał nauczyć się go na nowo. Grzegorz Głuszak, dziennikarz "Superwizjera", który towarzyszył Komendzie po wyjściu z więzienia, podarował mu prezent – telefon komórkowy. Komenda był przekonany, że z telefonu można od razu skorzystać. Nie wiedział, że trzeba mieć jeszcze kartę i ją aktywować. Gdy to zrobił, pierwszą osobą do której zadzwonił była mama. Ona, podobnie jak reszta rodziny, nigdy nie zwątpiła w to, że jej syn jest niewinny.

- Miałam momenty załamania. Wtedy najbardziej pomogła rodzina. Wytłumaczyli, że zaglądanie do kieliszka to nie jest dobra droga. Chcę im za to dziś podziękować. Byłam już w takim momencie, że chciałam otruć się tabletkami. Zostawiłam nawet list pożegnalny, ale syn, który wcześniej wrócił do domu, znalazł mnie i uratował - wspominała Teresa Klemańska, matka Komendy.

- W zakładzie karnym byłem zwykłym śmieciem. Nie miałem tam żadnych praw. Byłem tylko numerem w ewidencji. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, także wychowawcy i psychologowie. Ze wszystkim musiałem sobie dawać radę sam – opowiadał o pobycie w więzieniu Komenda. - Kiedy byłem bity, łamali mi nogi i ręce, to musiałem radzić sobie sam. Bandażami. To zrozumieć mogą tylko ci, którzy przeżyli to, co ja – dodaje.

Zapraszamy do polubienia naszego konta na Facebooku, śledzenia nas na Twitterze i Instagramie.

Autor: nb//kg / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: TVN24, Shutterstock