Trzeciego stycznia prezydent USA Donald Trump poinformował, że oddziały amerykańskie przeprowadziły atak na Caracas - stolicę Wenezueli, w wyniku którego prezydent Nicolas Maduro został schwytany i przetransportowany do więzienia w Nowym Jorku. Operacja o kryptonimie "Absolute Resolve" była kulminacją napięć, które od miesięcy narastały między państwami.
Choć amerykańska administracja jednoznacznie uzasadnia swoje działania walką z "narkoterroryzmem", trudno nie dostrzec w nich roli ogromnych złóż ropy znajdujących się na terenie Wenezueli. Południowoamerykańskie państwo leży bowiem na największych rezerwach surowca spośród wszystkich państw OPEC (międzynarodowej organizacji zrzeszającej państwa eksportujące ropę naftową, w tym Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Iran).
Choć Wenezuela ma w tym gronie największe złoża, wydobywa również najmniej ropy ze wszystkich państw zrzeszonych w kartelu. Skarb Wenezueli, po który może sięgnąć Donald Trump, nie jest w końcu tak łatwy do zdobycia. Ten, kto zechce go przejąć, będzie musiał uporać się z problemami, które doprowadziły niegdyś jednego z największych producentów ropy naftowej na świecie niemal na sam dół listy globalnych dostawców.
"Będziemy rządzić krajem"
Zapowiedzi wydarzeń z pierwszych dni 2026 widzieliśmy już na początku ubiegłego roku, kiedy Donald Trump określił wenezuelski gang "Tren de Aragua" "zagraniczną organizacją terrorystyczną" - nazwą dotychczas zarezerwowaną dla grup pokroju Al-Ka’idy. To stało się podstawą dla ataków na łodzie rzekomo transportujące narkotyki na Morzu Karaibskim i dalszej, stopniowej normalizacji obecności Stanów Zjednoczonych coraz bliżej wybrzeży Wenezueli.
Na początku grudnia USA przejęły wenezuelski tankowiec, który według prokurator generalnej Pam Bondi był zaangażowany w "nielegalną sieć transportu ropy naftowej wspierającą zagraniczne organizacje terrorystyczne". Rząd Wenezueli uznał przejęcie statku za "rażącą kradzież i akt międzynarodowego piractwa".
Pod koniec roku Stany Zjednoczone wprowadziły blokadę tankowców wpływających do i z portów w Wenezueli oraz nałożyły sankcje na cztery największe firmy z krajowego sektora naftowego. Stopniowa eskalacja doprowadziła w końcu do wydarzeń z 3 stycznia, kiedy Stany Zjednoczone przeprowadziły zakrojoną na szeroką skalę operację w Caracas, w ramach której zaatakowano liczne cele związane z obroną Wenezueli - m.in. bazy lotnicze i porty oraz schwytano prezydenta Maduro wraz z żoną.
- Będziemy rządzić krajem do czasu, aż uda nam się przeprowadzić bezpieczną, właściwą i rozsądną transformację - skomentował atak na Wenezuelę Donald Trump.
- Nasze ogromne amerykańskie koncerny naftowe, największe na świecie, zainwestują miliardy dolarów, naprawią poważnie zniszczoną infrastrukturę naftową i zaczną przynosić dochody dla kraju - dodał prezydent USA.
Ile ropy jest w Wenezueli?
Wenezuela posiada największe na świecie szacowane zasoby ropy naftowej, ale jej produkcja jest minimalna z powodu dziesięcioleci złego zarządzania, braku inwestycji i sankcji. Na terytorium kraju ma znajdować się 17 proc. globalnych rezerw surowca - więcej niż w Arabii Saudyjskiej (ok. 15 proc.) czy Iranie (niecałe 12 proc.). Złoża w Wenezueli są szacowane na 303 miliardy baryłek. Składają się głównie z ropy ciężkiej w regionie Orinoko w środkowej części kraju.
W czasach swojej świetności (w latach 50.-80.) sektor naftowy uczynił z Wenezueli najbogatszy kraj Ameryki Łacińskiej. Jednak ropa okazała się tak lukratywnym przedsięwzięciem, że doprowadziła niemal do zaniku innych gałęzi gospodarki kraju (zjawisko nazywane "chorobą holenderską"). Po gwałtownym spadku cen ropy w latach 80. kraj pogrążył się w kryzysie, który wyniósł do władzy przeciwnego imperialistycznej polityce USA socjalistę Hugo Chaveza, a później jego następcę - Nicolasa Maduro.
Wenezuelski sektor naftowy podupadł, a wydobycie spadło poniżej miliona baryłek dziennie, odpowiadających za mniej niż 1 proc. światowej produkcji surowca.
- Z punktu widzenia rynku ropy, gdyby podaż z Wenezueli zupełnie zniknęła, to nie miałoby żadnego znaczenia. Natomiast gdyby zwiększono wydobycie w regionie, znaczenie byłoby gigantyczne. Tamtejsze rezerwy są największe na świecie - tłumaczy biznesowej redakcji tvn24.pl Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ, ekspert rynku paliw.
Choć w Wenezueli znajdują się złoża różnego rodzaju, w większości stanowią ciężką, gęstą ropę, która jest trudniejsza w wydobyciu i rafinacji oraz generuje większe emisje w przeliczeniu na baryłkę. Jednak według eksperta, wenezuelska ropa może okazać się szczególnie dobrym surowcem dla amerykańskiego sektora naftowego.
- Wynika to z faktu, że w latach 70. amerykańskie rafinerie były budowane właśnie pod taki gatunek surowca, gdy Wenezuela była jego głównym eksporterem do Stanów Zjednoczonych. Co ciekawe, od tamtego czasu nie powstało wiele nowych rafinerii o innej charakterystyce. Jest to o tyle ważne, że obecnie w USA wydobywa się przede wszystkim ropę z łupków, która jest lekka i z technologicznego punktu widzenia gorzej nadaje się do samodzielnego przerobu niż ciężka ropa wenezuelska - tłumaczy Dawid Czopek.
- Gdyby udało się wznowić w Wenezueli sensowną produkcję i słać ropę do USA, amerykańskie rafinerie osiągnęłyby znacznie lepszą wydajność i jakość produktów otrzymywanych z destylacji. Z ich punktu widzenia to sytuacja "win-win", ponieważ zyskują dostęp do dużych złóż oraz możliwość lepszego przerobu tej ropy we własnych zakładach - dodaje ekspert.
Co teraz?
Patrząc na reakcję rynków oraz na obecny krajobraz globalnego sektora naftowego, operacja USA nie ma w tym momencie szczególnego znaczenia dla cen ropy i jej pochodnych. Dlaczego?
"Po pierwsze, nie mamy do czynienia z szerszym konfliktem i trzeba ją traktować raczej jako wspierany z zewnątrz przewrót. Po drugie, jakiekolwiek zwiększenie podaży ropy naftowej z tego kierunku wymagałoby dużych inwestycji w infrastrukturę wydobywczą i przesyłową, które do tej pory były zaniedbane z uwagi na kryzys gospodarczy w Wenezueli, sankcje i relatywnie niskie ceny tego surowca" - czytamy w raporcie ekonomistów Banku Pekao.
Ich zdaniem "na rynku jest za dużo ropy, wielomiliardowe przedsięwzięcia muszą więc zostać na głębokiej półce".
Jednak według zapowiedzi prezydenta Trumpa, amerykańskie firmy podejmą się odnowy wenezuelskiego sektora naftowego. Na tamtejszym rynku już jest obecny amerykański gigant - Chevron. W ślad za nim już niedługo mogą podążyć inne amerykańskie spółki.
- Można się spodziewać, że po zmianach politycznych drzwi do wenezuelskich złóż otworzą się szerzej dla amerykańskiego sektora naftowego. Trzeba przyznać, że ostatnie dwie dekady to spektakularny sukces tej branży, jeśli chodzi o wydobycie na własnym terytorium i to w niełatwych warunkach - tłumaczy nam Daniel Czyżewski, analityk ds. energii, Fundacja Polska z Natury.
Według eksperta, USA przeszły z roli kraju uzależnionego od importu ropy do państwa samowystarczalnego w tym zakresie. To miało mieć wielki, często niedoceniany wpływ na politykę międzynarodową. Dynamiczny rozwój branży na własnym terytorium sugeruje, że amerykańskie firmy będą zdolne ożywić wenezuelski sektor naftowy.
- Ostrożnie prognozując, z amerykańską protekcją, technologią i rynkowym podejściem stabilna Wenezuela może w ciągu dekady powrócić do produkcji na poziomie 3-4 milionów baryłek dziennie, co pozwoli jej na powrót do naftowej ekstraklasy. Taki proces zwiększy również podaż surowca na międzynarodowym rynku, co powinno obniżyć ceny dla konsumentów - dodaje Daniel Czyżewski.
Wciąż jednak nie wiemy, jak będzie wyglądała "stabilna Wenezuela". Tymczasowa prezydent kraju Delcy Rodriguez nazwała sobotni atak "zbrodnią, która narusza prawo międzynarodowe", dodając w trakcie sobotniego wystąpienia, że "jedynym prezydentem Wenezueli jest prezydent Nicolas Maduro".
Jednak już w niedzielę Rodriguez napisała na Telegramie: "Uważamy, że priorytetem jest dążenie do zrównoważonych i opartych na wzajemnym szacunku stosunków między Stanami Zjednoczonymi a Wenezuelą. Zapraszamy rząd USA do współpracy".
Autorka/Autor: Wiktor Knowski/ToL
Źródło: CNBC, Reuters, tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: @realDonaldTrump/truthsocial.com