Norwegia, kluczowy dostawca energii dla Europy, posiada strategiczne rezerwy paliw pokrywające 20 dni zapotrzebowania. Zapasy są ponad czterokrotnie mniejsze niż w sąsiedniej Szwecji czy Finlandii, które dysponują rezerwami na 90 dni.
Premier Jonas Gahr Stoere powiedział, że rząd rozważa powszechne wprowadzenie pracy zdalnej. Pomoże to zmniejszyć mobilność obywateli i zredukować popyt na paliwa transportowe.
Problemy z paliwem
Według danych norweskiego urzędu statystycznego SSB, Norwegia pobiła w marcu rekord. Kraj sprzedał za granicę 56,6 mln baryłek ropy, o 27,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Średnia cena baryłki norweskiej ropy w marcu wyniosła około 97 dolarów.
Największymi odbiorcami norweskiej ropy pozostają państwa europejskie, zwłaszcza Wielka Brytania, Niemcy i Holandia. Gaz trafia niemal w całości do Europy, głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Francji, Danii, Holandii oraz Polski, dla której Norwegia, po uruchomieniu Baltic Pipe, stała się jednym z kluczowych dostawców i odpowiada za około jedną trzecią importu gazu.
Choć ropa w minionym miesiącu stała się głównym źródłem nadzwyczajnych dochodów Norwegii, to państwo może mieć problemy z zapasem paliwa. W opublikowanej w weekend rozmowie z dziennikiem "Aftenposten" Stoere przyznał, że dotychczasowa strategia bezpieczeństwa opierała się na błędnym założeniu.
- Jako kraj wydobywający surowce polegaliśmy na ciągłości produkcji i bliskości własnych rafinerii. W czasach stabilizacji uznawano to za wystarczające zabezpieczenie, co pozwoliło na utrzymywanie niskich stanów magazynowych – tłumaczył szef rządu.
Blokada cieśniny Ormuz i gwałtowny wzrost cen ropy po wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie pokazały brak odpowiedniej infrastruktury dla gotowych paliw w Norwegii. Kraj, który w marcu 2026 roku zanotował historyczny rekord przychodów z eksportu ropy i gazu, nie jest w stanie zagwarantować stabilności dostaw na rynek wewnętrzny - oceniają norweskie media.
Źródło: PAP
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock