To miał być "Dzień Wyzwolenia". A przynajmniej tak ochrzcił go Donald Trump, gdy w kwietniu 2025 roku zaprezentował światu słynną już tablicę ze stawkami celnymi.
- To jeden z najważniejszych dni w historii Ameryki - mówił podczas długiego przemówienia przed Białym Domem. Przekonywał, że przez dekady świat "łupił" amerykańską gospodarkę, a "przyjaciele bywali gorsi od wrogów".
Kolejne miesiące okazały się prawdziwym rollercoasterem - stawki celne raz rosły, raz spadały, zawierano porozumienia, by chwilę później wracać do gróźb. Aż w końcu przyszedł dzień, który - wydawałoby się - miał być końcem tej sagi. Sąd Najwyższy USA wydał miażdżący wyrok: większość ceł Donalda Trumpa zostało wprowadzonych niezgodnie z prawem.
Zwycięstwo wolnego handlu? Tylko na papierze.
Prezydent błyskawicznie ogłosił, że od wtorku wprowadza nowe taryfy - tym razem oparte na innych przepisach - sekcji 122 ustawy o handlu z 1974 roku.
Całe zamieszanie może kosztować miliardy dolarów. Tyle że rachunek zapłaci już ktoś inny.