|

Weto, cenzura, hejt. "Polskie dzieci mają dziś niższy standard ochrony"

Marta Nawrocka
Marta Nawrocka
Źródło: Piotr Polak/PAP
Gdyby ta ustawa weszła rok temu, to dzisiaj bym z panią nie rozmawiała - tak o przepisach wdrażających unijny Akt o usługach cyfrowych mówiła w TVN24 i TVN24+ pierwsza dama Marta Nawrocka. Eksperci oskarżenia o "cenzurę", w tym polityczną, po złagodzeniu projektu przez rząd odrzucają i dodają, za sprawą weta Karola Nawrockiego polskie dzieci mają dziś niższy standard ochrony niż ich rówieśnicy z innych krajów Unii Europejskiej. Pierwsza dama również mówiła o hejcie w sieci i przyznała, że państwo powinno w takiej sytuacji chronić najmłodszych.Artykuł dostępny w subskrypcji

- Sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki "Rok 1984" George'a Orwella - mówił prezydent Karol Nawrocki, ogłaszając weto w sprawie ustawy, która miała wdrożyć w Polsce unijny Akt o usługach cyfrowych (DSA). Politycy PiS i Konfederacji malowali obraz cyfrowego cenzora, który jednym kliknięciem mógłby wyciszyć niewygodną narrację albo zepchnąć politycznego rywala poza algorytm.

Łagodzenie przepisów

Jeszcze rok temu podobne obawy podnosiły także środowiska, które później apelowały do prezydenta Nawrockiego o podpis pod regulacją. "Powinny istnieć silne gwarancje zabezpieczające przed wykorzystywaniem nowych uprawnień do np. 'sprzątania' internetu na polityczne zamówienie" - alarmował w styczniu minionego roku Panoptykon.

- Najwięcej kontrowersji wiązało się z możliwością wydania nakazu usunięcia treści w przypadku, gdy naruszają one dobra osobiste, czy przestępstw takich jak zniesławienie czy znieważenie funkcjonariusza publicznego. Słusznie podnoszono, że takie nakazy mogą w tych przypadkach stać się narzędziem walki politycznej i cenzury - zwraca uwagę w rozmowie z TVN24+ Iga Małobęcka-Szwast z Uniwersytetu Warszawskiego.

Tyle, że przez rok wiele się zmieniło, a w toku prac nad ustawą - jak podkreśla Małobęcka-Szwast - przepisy istotnie złagodzono.

DSA jest unijnym rozporządzeniem, więc obowiązuje w całej Unii Europejskiej. Ale żeby mechanizmy nadzoru działały sprawnie w Polsce, potrzebne są przepisy krajowe: kto przyjmuje skargi, jakie są procedury, gdzie i jak się odwołać.  

I właśnie to miała zapewnić zawetowana ustawa. 

Chodziło o wprowadzenie instytucji koordynatora do spraw usług cyfrowych - organu, do którego można byłoby zgłaszać spory z platformami, np. w sprawie nielegalnych treści, oszukańczych reklam czy niesłusznej blokady konta. W Polsce te kompetencje miały zostać podzielone między prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej a przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Koordynator do spraw usług cyfrowych mógłby w praktyce wydawać decyzje o przywróceniu lub zablokowaniu danej treści.

W jednej z pierwszych wersji ustawa zawierała ich bardzo szeroki zakres. Miało chodzić także chociażby o te naruszające dobra osobiste.

W trakcie prac nad ustawą ten szeroki zakres jednak mocno się zawęził - do 27 najpoważniejszych przestępstw wynikających głównie z Kodeksu karnego. Chodziło np. o stosowanie gróźb karalnych, namowę i pomoc w doprowadzeniu do samobójstwa, utrwalanie wizerunku nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej, prezentowanie małoletniemu treści pornograficznych.

- Nie było tam mowy o blokowaniu jakichkolwiek krytycznych wypowiedzi pod adresem rządu czy polityków. Nawet jeśli takie wypowiedzi przekroczyłyby granice wolności słowa, stanowiąc na przykład znieważenie, naruszenie dóbr osobistych czy rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji - wciąż prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej czy przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji nie mogliby w takich sprawach wydać nakazu blokowania, bo nie mieściły się one we wspomnianym katalogu - wyjaśnia TVN24+ Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon.

W przekazanej prezydentowi RP do podpisu ustawie znalazły się także poprawki Senatu, które dodatkowo ograniczały kompetencje UKE. Nawet w przypadku decyzji regulatora o blokadzie treści, jej autor oraz platforma mieliby 14 dni na złożenie skargi do sądu, co automatycznie wstrzymywałoby wykonanie takiej decyzji.

Straszenie cenzurą

Niemniej to właśnie te przepisy miałyby być - według polityków obecnej opozycji - potencjalnym źródłem "cenzury" w internecie.

- Gdyby ta ustawa weszła rok temu, to dziś bym z panią nie rozmawiała. (...) Mój mąż nie zostałby prezydentem, bo cenzurowane w internecie byłyby wszystkie treści na jego temat. Cała jego kampania, większość, odbywała się w internecie. Dzięki temu, tej wolności słowa, brakowi cenzury dzisiaj jestem z panią - powiedziała pierwsza dama prowadzącej wywiad Joannie Kryńskiej.

Marta Nawrocka o DSA
Źródło: TVN24

Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon widzi to inaczej.

- Nie sądzę, żeby zawetowana ustawa realnie mogła prowadzić do arbitralnego tłumienia debaty politycznej i czy uciszania niewygodnych głosów w kampanii wyborczej. My widzieliśmy w niej raczej szansę na nieco lepszą ochronę osób najmocniej poszkodowanych skrajnie szkodliwymi treściami w sieci przed "moderacyjną samowolą" big techów, a nie polityczną cenzurę - komentuje w rozmowie z TVN24+.

Zobacz także: