W 2025 r. liczba ludności w Polsce spadła o 157 tys. - wynika z danych GUS. Zdaniem Dominika Owczarka z Instytutu Spraw Publicznych problemem nie jest kurczenie się populacji, lecz tempo zmian i rosnące obciążenie pracujących.
Coraz poważniejsza sytuacja w kraju
Spadek liczby ludności, rekordowo niska dzietność i szybkie starzenie się społeczeństwa to dziś największe wyzwania demograficzne Polski - wynika z najnowszych danych GUS. Zdaniem Dominik Owczarka, dyrektora Programu Polityki Społecznej z Instytutu Spraw Publicznych, nie grozi nam zniknięcie, lecz bardzo szybkie kurczenie się populacji i rosnące obciążenie pracujących, którego nie da się rozwiązać jednym instrumentem ani wyłącznie migracją.
Jak podał Główny Urząd Statystyczny, liczba ludności Polski na koniec 2025 r. wyniosła 37,332 mln i była niższa o 157 tys. rok do roku. Stopa ubytku rzeczywistego sięgnęła minus 0,42 proc., co oznacza, że na każde 10 tys. mieszkańców ubyło ok. 42 osób (wobec 39 w 2024 r.).
W 2025 r. liczba urodzeń była o ok. 168 tys. niższa od liczby zgonów, a współczynnik przyrostu naturalnego wyniósł minus 4,5 na tysiąc ludności wobec minus 4,2 rok wcześniej. Według wstępnych szacunków zarejestrowano ok. 238 tys. urodzeń żywych - o ok. 14 tys. mniej niż w 2024 r.
Jeden z najszybszych spadków w Europie
- To nie jest tak, że wszyscy zginiemy - zastrzegł Dominik Owczarek. - Dzieci nadal się rodzą, tylko populacja będzie dynamicznie spadać w krótkim czasie. Problemem nie jest sam spadek liczby ludności, ale tempo tych zmian i ich konsekwencje dla pracujących - wskazał.
Zdaniem eksperta szczególnie niepokojąca jest dynamika spadku współczynnika dzietności. - Mamy dziś jeden z najszybszych spadków współczynnika dzietności wśród krajów Unii Europejskiej i na świecie - zaznaczył.
Przypomniał, że Polska od kilkunastu lat prowadzi intensywną politykę prorodzinną. - Od czasów prezydenta Komorowskiego, Karty Dużej Rodziny, przez becikowe, 500 plus, 800 plus, żłobek w każdej gminie, ulgę podatkową na dzieci, po wydłużone urlopy rodzicielskie i program Aktywny Rodzic - wyliczył.
- To jest cały pakiet instrumentów fiskalnych i usługowych, a mimo to trendy demograficzne się nie polepszają - wskazał. Zastrzegł jednak, że programy te prawdopodobnie spowalniają proces spadku dzietności - Na pewno nie działają tak, jakbyśmy sobie życzyli, ale nie znaczy to, że nie mają żadnego znaczenia - zaakcentował.
Jednocześnie jego zdaniem zastępowalność pokoleń nie powinna być już celem polityki państwa. - Nie mamy co o tym marzyć, to jest nierealne i nieosiągalne - powiedział.
Migracja nie rozwiąże problemu
Ekspert zwrócił uwagę na rosnący współczynnik obciążenia demograficznego, czyli liczbę osób w wieku nieprodukcyjnym przypadającą na 100 osób w wieku produkcyjnym.
- Ten wskaźnik rośnie systematycznie od 2010 r. i w 2025 r. wyniósł już 72 osoby wobec 55 w 2010 r. - wskazał. - Nawet gdy odejdą roczniki powojennego wyżu, dynamika spadnie, ale sam wskaźnik nadal będzie rósł - dodał, odwołując się do prognoz GUS.
Dominik Owczarek zaznaczył, że kontrolowana migracja może częściowo łagodzić skutki demograficzne, ale nie rozwiąże problemu. - Wiemy z istniejących symulacji GUS, że to jest daleko niewystarczające - powiedział.
Jako kluczowy mechanizm wskazał wzrost produktywności pracy. - Jeśli jeden pracownik będzie w stanie wytworzyć więcej wartości i utrzymać jednego emeryta, system nadal może funkcjonować - zaznaczył.
W jego ocenie to "robotyzacja, automatyzacja, cyfryzacja, sztuczna inteligencja, inwestycje w innowacyjność i kompetencje pracowników" są obszarami, w które Polska powinna inwestować.
Zdaniem rozmówcy PAP w dłuższej perspektywie powróci temat podniesienia wieku emerytalnego. - To jest kontrowersyjne politycznie, ale nie da się tego uniknąć - powiedział.
Zwrócił uwagę, że nawet rządy, które formalnie broniły niskiego wieku emerytalnego, wprowadzały zachęty do dłuższej aktywności zawodowej. - Ta linia jest dziś kontynuowana, choć nikt nie mówi wprost o podniesieniu wieku emerytalnego - wskazał.
Dominik Owczarek opowiedział się za znacznym rozszerzeniem finansowania in vitro ze środków publicznych. - To pozwala tym osobom, które chcą mieć dzieci, faktycznie je mieć - powiedział, dodając, że "mówimy o kilkunastu tysiącach urodzeń rocznie". - Przy obecnych 238 tys. urodzeń dzieci z in vitro mogłyby stanowić 4-5 proc. - a to są liczby, które zaczynają ważyć - wskazał.
Moda na rodzicielstwo
Ekspert ocenił, że dziś - jak się wydaje - czynniki kulturowe mają większy wpływ na decyzje prokreacyjne niż ekonomiczne. - Tworzenie mody na rodzicielstwo, budowanie wspólnoty doświadczeń i wartości wokół rodzin z dziećmi - to jest obszar, w którym państwo powinno działać - podkreślił, wyjaśniając, że "jeśli w otoczeniu młodych ludzi nie ma rodzin z dziećmi, ci myślą, że skoro inni nie mają, to dlaczego oni mają je mieć".
W tym kontekście zwrócił uwagę także na potrzebę większej akceptacji społecznej dla różnych modeli rodziny, np. pozwolenie na adopcję dzieci przez pary homoseksualne mogłoby nieco podnieść liczbę urodzeń. - Zmiana norm kulturowych może sprawić, że część osób, które dziś nie decydują się na dzieci, zacznie to robić - ocenił.
Owczarek podkreślił znaczenie elastyczności rynku pracy. - Dyrektywa work-life balance daje narzędzia, ale między prawem a praktyką wciąż jest luka - powiedział, wskazując na potrzebę realnej elastyczności po stronie pracodawców.
Zwrócił też uwagę na problem mieszkaniowy. - Dla wielu młodych brak dostępu do mieszkań jest realną barierą, choć z pokolenia na pokolenie czynnik ekonomiczny wydaje się słabszy - powiedział i dodał, że to jest także kwestia wyższych oczekiwań w odniesieniu do standardu życia, bo przecież "w przeszłości dzieci rodziły się nawet w bardzo trudnych warunkach mieszkaniowych".
Jego zdaniem konieczna jest aktywna polityka państwa w zakresie budownictwa społecznego i komunalnego. - Rynek deweloperski działa pod dyktando zysku, a państwo powinno to równoważyć - wskazał.
Owczarek odniósł się też do pytania o zanik instynktu prokreacyjnego. - To cecha społeczeństw wysoko rozwiniętwe: wybór jakości życia i samorealizacji zamiast rodzicielstwa - powiedział. - Być może cywilizacja stępia nasze naturalne instynkty - dodał, nawiązując tym samym do eksperymentu Calhouna (tzw. "Wszechświat 25") z przełomu lat 60. i 70. XX wieku: mysia populacja w idealnych warunkach (nieograniczone jedzenie, brak drapieżników i chorób) wyginęła wskutek "społecznej śmierci". Marazm doprowadził do rozpadu zachowań społecznych, agresji oraz ostatecznie całkowitego zaprzestania rozmnażania się.