Dr Mateusz Dadej w rozmowie na antenie TVN24 zwrócił uwagę, że globalne rezerwy paliw kurczą się w rekordowym tempie. Z wyliczeń, na które się powołał, wynika, że "obecnie ludzkość konsumuje około 8 procent więcej surowców energetycznych, niż faktycznie produkuje". Jego zdaniem to oznacza, że "światowa gospodarka żyje ponad stan".
Zdaniem eksperta niektóre państwa - zwłaszcza w Azji Południowo‑Wschodniej - zaczynają już odczuwać skutki tego zjawiska.
- W Polsce wydaje mi się, że nie dojdzie do sytuacji faktycznego niedoboru dóbr czy paliw, ponieważ nasze kierunki importowe są zróżnicowane. Natomiast w miarę jak te światowe rezerwy będą się kurczyć, to ceny będą coraz mocniej rosnąć - zaznaczył. Dodał, że paliwo trafia do polskich rafinerii zarówno tankowcami, jak i droższym przesyłem, czyli rurociągami, omijając cieśninę Ormuz.
Dadej przypomniał także, że globalny rynek został częściowo odciążony przez większą podaż ze Stanów Zjednoczonych i mniejszy import ze strony Chin. - Rynek się więc nieco zbilansował, ale wciąż pozostaje niewystarczający - ocenił.
Co z dostępnością paliw w Polsce?
Choć dostępność paliw w Polsce nie jest zagrożona, ekonomista przewiduje dalszy wzrost cen.
- To będzie naturalne zjawisko związane z rozwijającym się kryzysem - tłumaczył. Jego zdaniem w najbliższym czasie wiele osób będzie zmuszone ograniczyć konsumpcję.
- Nie każdy może przestać jeździć autem, ale wiele osób może przesiąść się do komunikacji zbiorowej - do czego zachęcam w takim okresie - dodał.
"Stres test" w sezonie wakacyjnym
Ekspert odniósł się także do sytuacji w branży lotniczej, podkreślając, że to "dość specyficzny rynek".
- Na początku faktycznie pojawiały się alarmistyczne opinie menedżerów, że może dojść do braków. Natomiast z tego, co ostatnio słyszałem od prezesów największych linii europejskich, nie dostrzegają oni potencjalnych niedoborów - mówił.
- Ten sezon letni będzie pewnego rodzaju stres testem, czyli próbą funkcjonowania w warunkach skrajnych. Część połączeń, które wcześniej były nierentowne, ale konieczne logistycznie, może zostać anulowana. Nie spodziewam się jednak faktycznych braków paliw lotniczych - dodał.
Zdaniem ekonomisty tegoroczne ceny mogą jednak zniechęcić turystów do zagranicznych podróży. Wielu z nich - jak ocenił - zdecyduje się raczej na wypoczynek nad polskim morzem.
Czytaj też: Rynek reaguje na decyzję Trumpa w sprawie Iranu
Polscy turyści zapłacą więcej
Dr Dadej podkreślił, że wzrost cen biletów lotniczych odczują również polscy turyści.
- Pamiętam, że jeszcze w styczniu sprawdzałem bilety i już wtedy były coraz droższe. To będzie naturalny sposób, żeby ograniczyć konsumpcję i zużycie paliw - podkreślił.
Nie wykluczył też, że niektóre linie lotnicze mogą podnieść ceny biletów zakupionych jeszcze przed eskalacją kryzysu w Zatoce Perskiej.
- Linie lotnicze co do zasady zabezpieczają się przed nagłymi zmianami cen ropy, korzystając z instrumentów pochodnych, takich jak kontrakty futures - wyjaśnił. - Przykładowo, już teraz można kupić ropę na trzy miesiące do przodu po aktualnej cenie - dodał.
Jednocześnie zauważył, że notowania tych instrumentów wskazują, iż globalni inwestorzy spodziewają się spadku cen w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. - Oczywiście nie do poziomu sprzed kryzysu, ale takie są oczekiwania - zaznaczył.
Kosztowna obniżka cen paliw
Ekspert odniósł się również do rządowego programu CPN. Jak wyjaśnił, jest on przedłużany krótkoterminowo ze względu na dynamiczną sytuację na Bliskim Wschodzie.
- Z każdym tygodniem liczymy na postęp w negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Na razie jednak nie widać przełomu, dlatego terminy programu ustalane są ostrożnie - powiedział.
Podkreślił, że decyzje nie mają charakteru długoterminowego, ponieważ program generuje wysokie koszty - około 1,6 miliarda złotych miesięcznie.
"To nie jest jak z ciepłą wodą"
Zdaniem rozmówcy otwarcie cieśniny Ormuz przyniosłoby spadek cen, ale nie powrót do wcześniejszych poziomów.
- Ustabilizują się w okolicach 80 dolarów za baryłkę. Jest wiele technicznych powodów, raz zatrzymane platformy wiertnicze nie wracają od razu do poprzedniego poziomu wydobycia. To nie jest jak z ciepłą wodą w kranie - otwarte, leci, zamknięte, nie leci. Gdy produkcja zostanie zatrzymana, bo nie ma gdzie magazynować, ponowne uruchomienie trwa długo - ocenił.
Na koniec zaznaczył, że część infrastruktury została uszkodzona, a niezrealizowane zamówienia na ropę wciąż się kumulują. - Nie sądzę więc, by w tym roku, nawet po otwarciu cieśniny, ceny wróciły do poprzednich poziomów - podsumował dr Mateusz Dadej.